Remont VW Jetta.
Część Pierwsza
Biały VW trafił do nas niecałe dwa lata temu. Był bardzo tani, z pewną wadą w gaźniku, która objawia się sporym spadkiem mocy, służył ojcu dość dobrze jako środek dojazdu do miejsca pracy. Wszystko było cacy, póki auto nie dostało się w ręce mojego brata – świeżo upieczonego kierowcy. Skutki były łatwe do przewidzenia. Brat wcześniej skasował doszczętnie nasze niezawodne Audi 80, że nie wspomnę o kilku “zaliczonych” sarenkach.
Tylko kwestią czasu było, aż wywinie jakiś numer z VW. I nie trzeba było długo czekać na pierwszą stłuczkę. Kilka rys tu i tam, kilka puknięć i mocne uderzenie w sarnę sprawiło, że z całkiem przyzwoitego samochodziku zrobił się jeżdżący grat. Oczywiście grat ów przeszedł niedawno w moje posiadanie. Brat niestety nie jest człowiekiem lubiącym sprzątać, więc można sobie wyobrazić jak wyglądało wnętrze pojazdu. Po ładnych kilku godzinach czyszczenia udało mi się jednak przywrócić dawną świetność tapicerce i plastikom. VW w środku jest świetny. Wszystko jest zadbane, czyste i jak na swój wiek naprawdę zadziwia. Gorzej z wyglądem zewnętrznym. Szczególnie po tym, jak lewy przód zaliczył bliskie spotkanie z bokiem sarny. Swoją drogą to musiał być jakiś wielki jeleń skoro wyrządził aż takie szkody (lub brat jechał ze znacznie większą prędkością, niż później powiedział
). Urwany reflektor, zgięty błotnik, pozrywane zaczepy zderzaka… wszystko trzyma się powiązane drucikami…
No spoko, mogę tym czymś dojeżdżać do pracy, w końcu za jakiś czas uskładam kasę i kupię coś lepszego, prawda? No cóż… nie do końca. Moje wymarzone autko trochę jednak kosztuje i będę potrzebował większej gotówki – czyli dłużej zbieramy kasę. No dobrze, ale co zrobić z tym rozpadającym się powoli złomem Jettą? Pomyślałem, że nie opłaca się wkładać pieniędzy w coś, co jest warte ok. 1,5k zł. Wszelkie rysy i wgniecenia szybko stały się ogniskiem korozji i pewnego dnia po prostu nie wytrzymałem! Chyba jednak trzeba będzie coś z tym zrobić, zwłaszcza, że jeszcze się tym autkiem trochę “pobujam”.
Szczęśliwym trafem, niedaleko mnie mieszka sobie pewien pan, który przywlókł z Niemiec podobny samochód z przeznaczeniem na części. Zbieg okoliczności sprawił, że dowiedział się o tym mój ojciec. Okazało się, że ów pan nie będzie korzystał ze swojego egzemplarza i chce go oddać na złom. HA! “Momencik proszę pana!”, przecież mi się co nieco przyda! Łap pan flaszkę wódki i zabieramy pańską Jettę Coupe. Poszło jak po maśle.
Coupe stało w garażu 3 lata. Mimo to odpala na dotyk. Chodzi bajecznie, a co najważniejsze – blachy są w idealnym stanie! Jest co wymieniać
. Plan jest następujący. Zaczynamy od silnika – przekładamy gaźnik, czyścimy wszystko, zakładamy nowe uszczelki, wymieniamy uszkodzone instalacje i wszystkie płyny. Autko powinno być jak nowe. Powróci dynamika i przyspieszenie. Już nie mogę się doczekać. Później bierzemy się za efekt zaliczenia sarny – odkręcamy przód (zderzak, błotnik, reflektory, grill) i zastępujemy przodem z Coupe. Dalej uzupełniamy braki w listwach i zmieniamy całą przednią maskę. Później wyprawa na tył samochodu i zmiana zderzaka i klapy oraz wnętrza bagażnika. Następnie zajmujemy się ogniskami rdzy – szlifowanie, podkładzik i biała farba. Jeżeli lakier nie będzie kosmicznie drogi, to może całość maźniemy na biało… I to wszystko za jedną flaszkę wódki (nie licząc naszej robocizny). Mamy nieco ponad tydzień więc… do roboty!
Może to faktycznie stary złom, ale jeszcze nim trochę pojeżdżę, a może nawet znajdzie się jeszcze jeden młody kierowca, który będzie się szkolił na tym VW. A co zostanie z Coupe, oddamy za flaszkę wody ognistej znajomemu kupcowi – właścicielowi sklepu z częściami
Tak, zgadzam się… auto nie robi powalającego wrażenia (chociaż na żywo wygląda ciekawie), ale jeździ jak ideał. Dla początkującego, żółtodzioba jak ja, jest idealne!
Będę zdawał relacje z postępu prac, czyli…
C.D.N.
Część Druga
Sobota. Od rana ślęczę przy Jettach. Zrobiłem błysk w bagażniku mojego sedana. Pozamieniałem okładziny itd. Około 12 przyłączył się mój tato. Udało się wymontować i zamienić gaźniki. Okazało się jednak, że uszczelka pod “klawiaturką” jest zużyta (to delikatne określenie). Oczywiście w żadnym sklepie o tej porze uszczelki nie dostaliśmy, dlatego całkowity montaż silnika został odłożony do poniedziałku. Wymyliśmy komorę z całego tego syfu, zmyliśmy olej z silnika i teraz auto schnie. Po złożeniu silnika do kupy w poniedziałek robimy jazdę próbną. Jak wszystko będzie ok, wóz wędruje do warsztatu na wymianę całego przodu.
Jak na razie efektem naszej pracy są niemal niemożliwe do umycia ręce. Całe zapaćkane smarami i olejem. Pasta BHP pomaga… polecam
C.D.N.
Część Trzecia
No ok, troszkę nam się plany pozmieniały… ale już jest dobrze. Po kilku małych problemach, metodą prób i błędów doszliśmy w końcu do tego, co jest nie tak w gaźniku i usunęliśmy usterkę za pomocą części z Coupe. Auto odżyło. Jest bardziej żwawe i w końcu przyzwoicie przyśpiesza. Teraz czas na zmianę tylnego zawieszenia. Pobawimy się tym jutro. Później pozostanie już tylko kosmetyka wnętrza, wymiana kilku niesprawnych elementów (prawe lusterko)… Kto wie, może nawet pokuszę się o doprowadzenie do porządku kwestii lakierniczo/blacharskich? Szczególnie, że zachęciły mnie obrazki znalezione w sieci. To stare autko można całkiem konkretnie “przerobić”. Ma franca tuningowy potencjał. Niektóre egzemplarze są na serio OK!
C.D.N.
Część Czwarta
Wiem, dokładnie wiem co myślicie. Remont miał się zakończyć na początku czerwca, a tutaj mamy już koniec lipca, a efektów nie widać. Winę za to ponosi totalny brak czasu i sił na dłubanie przy samochodzie. Ale… znalazłem lukę w harmonogramie dwa dni temu i w połowie dnia, z nudów, zabrałem się do rozkręcania Coupe’ka. Pomysł szalony, sam się zdziwiłem kiedy drgnęły pierwsze śruby. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po uzyskaniu potrzebnych części zerknąłem na zegarek i zobaczyłem, że od początku pracy minęły zaledwie dwie godzinki!
Przypomnę, że nigdy wcześniej nie robiłem takich rzeczy. Jednak zawsze miałem smykałkę do majsterkowania, więc w sumie nie było większego problemu. W końcu toi tylko kilkadziesiąt skrzętnie ukrytych śrub, które trzeba zlokalizować, w razie potrzeby zedrzeć centymetrową warstwę ochronnego kauczuku i zapamiętać gdzie co było i jaką śrubką się to mocuje
.
Kiedy skończyłem byłem czarny jak Bambo, spalony przez słońce a dokoła walała się masa narzędzi. Obok leżała góra śrub, nakrętek, podkładek i tym podobnych drobiazgów. Jednak byłem zadowolony, gdyż udało mi się wszystko zdemontować nie uszkadzając ani jednej części. Tak wyglądała Coupe, kiedy z nią skończyłem:
Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, zabrałem się za mojego sedana. Teraz, kiedy wiedziałem gdzie co jest i jak się do czego dostać, poszło dwa razy szybciej. Tutaj jednak potrzebowałem pomocy ojca, ponieważ moja Jetta była uderzona i sporo zagiętych blach trzeba było najpierw prostować etc. Mniejsza z tym. Po pewnym czasie byliśmy gotowi do przykręcania części zamiennych. Stare nadawały się już tylko na złom. Zacząłem od błotnika, później przód auta z reflektorami i na końcu zderzak, który oczywiście dostarczył nam kolejnych kłopotów i kombinowania z dopasowaniem. Na samym końcu uroczyście zamocowałem nowy grill i samochód był gotowy do przejażdżki próbnej. Wszystko wyszło wspaniale. Wreszcie VW doczekał się prostego, wolnego od korozji ciałka
. Kiedy już mam gotową bazę, zajmę się wymianą kilku szczególików. Na pewno założę inne kierunkowskazy, białe. Trzeba ustawić reflektory i być może zamontować xenony. W niedalekiej przyszłości czeka mnie jeszcze wymiana drzwi, może założymy alufelgi? Póki co nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się z “drugiej młodości” mojej Jetty. Całkowity koszt zabiegu – butelka wódki 0,7L za niecałe 50 zł oraz ok. 6 godzin pracy. Chyba się opłaciło!
KONIEC








