Mithrill’s Manor


Spadł pierwszy śnieg.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 22 listopad 2008

Co prawda długo się nie utrzyma, bo mamy plusowe temperatury, ale to najlepszy dowód, że najdłuższa pora roku w tym kraju właśnie się rozpoczyna. Niesamowite jest poranne przebudzenie. Okno dachowe, które mam centralnie nad głową zasypane jest całkiem grubą warstwą białego puchu, więc w pokoju panuje lekki półmrok, sama zaś tafla szkła wydaje się świecić niczym lampa zza jakiejś białej kotary. Światło filtrowane przez śnieg ukazuje całą jego strukturę. Zamarznięty deszcz mieni się niczym rozbita szyba samochodu. A kiedy otwieram okno, wyraźnie czuć “zapach zimy”. Jeszcze trochę i będziemy lepić bałwany :D

pierwszy śnieg 01

pierwszy śnieg 02

pierwszy śnieg 03

Welcome to Silent Hill. Po raz piąty!

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 19 listopad 2008

WtSH

Jak to się zaczęło?


KONAMI, to japońska firma zajmująca się wieloma dziedzinami rozrywki. Jednak jej największe zyski przynosi sektor developerski gier. Firma ta słynie z takich hitów jak seria International Superstar Soccer (obecnie Pro Evolution Soccer), czy Metal Gear Solid.   Jednak dla mnie, Konami to przede wszystkim Silent Hill. Przerażająca, klimatyczna opowieść o zagubionym miasteczku, pełna mistycyzmu, tajemnicy, kultowa wręcz seria. Nic dziwnego, że na najnowszą odsłonę mojego ulubionego horroru czekam z wielką niecierpliwością. Kiedy w 1999 roku dorwałem w swoje łapska pierwszą część na PSX, nie miałem bladego pojęcia co to za twór. Nikt nie miał… wiedzieliśmy tylko tyle, że przypomina nieco Resident Evil :) . Wkrótce jednak wszyscy doznali ogromnego szoku, a sroga dawka grozy i psychodelii, która dosłownie wylewała się z ekranów telewizorów, potrafiła sprawić, że wielu nie było w stanie kontynuować gry. Ja także cholernie bałem się pierwszego Silent Hill’a i pamiętam, że sesyjka o 22 w ciemnym pokoju nie należała do rzeczy przyjemnych. Jednak to, co przyciągało mnie do tego tytułu, to niesamowita historia, genialny klimat i ogromne ilości produkowanej przez mój organizm adrenaliny. Tak, w moim wieku to było mocne uderzenie, bez owijania w bawełnę i cukierkowatej otoczki. Brud, syf, rdza, łzy, krew i flaki. Ileż to razy z nerwów i napięcia wyłączałem konsolę, po czym całymi dniami próbowałem skłonić samego siebie do spróbowania jeszcze raz… :) Pierwszy SH miażdżył wszystko dookoła. Nie pozostawiał żadnych złudzeń, nie miał żadnej konkurencji… aż do 2001 roku. Wtedy to ludzie z Konami udowodnili, że są prawdziwymi geniuszami. Silent Hill 2 okazał się być zupełnie nową, niespotykaną jakością. Produkcja ta bawiła się bezpośrednio uczuciami gracza powodując wręcz smutek i przygnębienie. Dla wielu osób scenariusz części drugiej jest najwspanialszym arcydziełem, jakie wyszło spod pióra człowieka. Gra ta zawiera w sobie tak wiele elementów, że może służyć jako absolutus fabularny. Głęboka, wzruszająca i dająca do myślenia historia wielkiej tułaczki Jamesa, w poszukiwaniu utraconej miłości, z zaskakującym, dramatycznym zakończeniem to strzał w dziesiątkę. Nic, co ukazało się po SH2 nie mogło się z nim równać. Nawet kolejne części serii. Gwoździem do trumny okazał się The Room – czwarta odsłona sagi, która niemal całkowicie zerwała z charakterystycznymi dla Silentów standardami, takimi jak mgła, latarka, czy statycznych kamer. Prysnął gdzieś klimat grozy, pozostała jedynie średnia gra akcji z bardzo dobrą fabułą, która jednak nie jest w stanie uratować tego tytułu.

Nic zatem dziwnego, że nasi skośnoocy bracia postanowili coś w tej sprawie zrobić. Gdy już zauważyli swoje błędy, ogłosili, że kolejny SH będzie powrotem do korzeni sagi.  Piąta część, nazwana Homecoming, ma dźwignąć serię i znów podnieść ją na wyżyny. Oczekiwania są spore, może nawet zbyt wielkie jak na ten tytuł. Problem jedynie w tym, że Konami oddało swoje dziecko w ręce średniego studia z USA i sprawowali jedynie dozór nad pracami. To może się okazać katastrofalne w skutkach ale… pożyjemy, zobaczymy. Czyżby macierzyste studio pracowało nad dawno zapowiadanym remake’em pierwszej części horroru? Jeżeli tak, to byłoby to spełnienie marzeń! :D

Powrót do Domu.

Mieszkańcy USA już od kilku tygodni mogą zagrywać się w Homecoming (Europa poczeka gdzieś do świąt Wielkiej Nocy… cholera wie dlaczego?), a recenzje napływające zza wielkiej wody nie są zbyt optymistyczne. Gra na ogół dostaje oceny od 6 do 7 na 10 punktów. Głosy są jednak podzielone. Można także przeczytać recenzje zachwalające nowego Silenta. Postanowiłem zatem, że zanim wydam te ciężko zarobione 100 zł na swój własny egzemplarz, sprawdzę, czy aby na pewno warto. Czy seria skończyła się na trzeciej części? Czy zapowiedzi twórców są jedynie marketingowymi przechwałkami?

Cóż, moje pierwsze wrażenia są jak najbardziej… pozytywne! Nie zapuściłem się w mroki zbyt daleko, ale to, co do tej pory widziałem jest fantastyczne! To, co od początku rzuca się w oczy, to świetne odwzorowanie cieni, generowane w czasie rzeczywistym. Wersja gry jest wczesna, więc nawet na moim sprzęcie pojawiają się zwolnienia, przekłamania i drobne bugi (mam nadzieję, że jakiś patch to naprawi), ale byłem przekonany, że gra ta będzie wyglądała znacznie gorzej. Światło, cień i odpowiednie filtry efektowe budują cudowną atmosferę. Nie wspomnę już o ścieżce dźwiękowej, która na słuchawkach po prostu wymiata! Dawno nie grałem w tak dobrze udźwiękowioną grę. Odgłosy mrożą krew w żyłach, są naturalne, a jednocześnie piekielnie straszne i głośne. Świetne są też utwory Yamaoki. Wydają się nawet zbyt dobre jak na tą grę :P . Co do fabuły… jest na tyle tajemnicza, że po pierwszych kilkudziesięciu minutach gry nie mam pojęcia o co chodzi (prócz tego, że szukamy swojego młodszego brata, który mimo upływu kilku ładnych lat wcale się nie zestarzał), ale czuję, że historia będzie ciekawa. Wszystko wygląda jakby sen głównego bohatera. Jakby jakiś rachunek sumienia przed nadchodzącym złym wydarzeniem… ale to tylko moje domysły. Kolejną rzeczą, która zrobiła na mnie wrażenie, jest design przeciwników. Widać, że producenci wzorują się na kinowej adaptacji SH. Mamy identyczne pielęgniarki w szpitalu, ten sam efekt zmiany rzeczywistości, nawet miasteczko i lokacje (grand hotel, który rzeczywiście jest ogromny) przypominają te, stworzone na potrzeby filmu. Czy dostrzegam wady? Oczywiście. Nie podoba mi się zbyt widowiskowy system walki. Jest za łatwo, zbyt bajerancko. Gra traci nieco przez to na klimacie zaszczucia. Do tego wrogów jest cała masa (jak na SH oczywiście), tak więc dostajemy w sumie dobrze maskująca się grę akcji. Ale z drugiej strony, gramy przecież żołnierzem szkolonym do walki. Czyżby wybrano złą postać? Całkiem możliwe, zobaczymy jak będzie dalej. Może trochę się przyczepię, ale… powiedzmy sobie szczerze, grafika, mimo iż jest poprawna, nie prezentuje się odpowiednio na tle innych produkcji ostatnich kilku miesięcy. Może zostanie to jeszcze poprawione w ostatecznej wersji, ale w czasach Crysisa, czy Far Cry 2 tekstury pokazane w Homecoming to jakaś parodia. Otoczenie może nie robi złego wrażenia, ale już modele postaci owszem. Nieostre teksturki ubrań i twarzy, przestarzała technologia, rodem z PlayStation2? No coś tutaj jest nie tak! Problem ten nie dotyczy aż tak bardzo potworów, dlatego wnioskuję, że ta wersja gry jest jakaś…ekhem… niedorobiona :)

Nie mogę się już doczekac premiery Homecoming w Polsce. Mam nadzieję, że wszelkie błędy zostaną wkrótce naprawione kilogramami patchy i bez przeszkód będę mógł zatopić się w świat mglistego miasteczka. Wrażenia z tej podrózy opisze oczywiście na moim blogu.

Weekend ze zmarłymi. Dzień czwarty. Ostatni?

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 3 listopad 2008

Co tu dużo pisać. Niedziela. Mith oczywiście w pracy. Spodziewałem się sporego zatrzęsienia i nie zawiodłem się. Klienci jak zwykle dopisali. Po każdej mszy market zapełniał się wygłodniałymi ludźmi, którzy porywali niemal wszystko. Dziwne, bo dopiero dwa dni temu wykupili niemal połowę asortymentu, a tutaj mamy rekordowy wynik, jak na niedzielę. W pamiętną sobotę także padł rekord. Zbliżyliśmy się do utargów świątecznych, co jest nieźle porąbane (przecież to tylko jeden dzień spędzony w sumie na cmentarzu… nie da się tyle zeżreć przez pozostałe 6 godzin). Nadal twierdzę, że “Robal”, to jedyna rozrywka na popołudnie w tym mieście. Nie licząc oczywiście telewizora w domu.

Po cudownej, 12 godzinnej zmianie przyszedł poniedziałek i kolejna zmiana. Tym razem popołudniowe 8h. I tak przez cały tydzień, aż do niedzieli. Zero dnia wolnego. Porażka. Poważnie zastanawiam się nad zmianą pracy.

Dziękuję za uwagę, idę do roboty… :D

Weekend ze zmarłymi. Dzień trzeci.1-11-2008.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 3 listopad 2008

Mamy sobotę. Dzięki Bogu za ustawę zakazującą handlu w dni, jak ten. Chociaż i tak pewien niestrudzony sklep, którego właściciele chyba nie uznają żadnych świąt, był normalnie otwarty :)

Dzień Wszystkich Świętych to, jak sama nazwa wskazuje, święto wszelkich znanych świętych, którzy wg religii chrześcijańskiej siedzą już sobie w niebie i “umierają” z nudów :) . W tym dniu wspominamy także wszystkich zmarłych, o których nie wiemy, że byli/będą świętymi. Dzień ten nie ma w sumie nic wspólnego z naszymi zmarłymi z rodziny i otoczenia… no chyba, że uznamy te osoby za prywatnych świętych. Liczą się tylko osoby żyjące wedle boskich praw, które już doznały zbawienia i czekają na zmartwychwstanie.

A wszystko zaczęło się od ofiarowania Panteonu papieżowi Bonifacemu IV. On to wymyślił sobie, żeby zebrać w niej relikwie świętych i czcić je rok w rok, dnia 1-ego maja. Ciekawa data, prawda? Dopiero w 731 roku ustalono znany dziś dzień w kalendarzu – 1 listopad.

Ciekawą sprawą jest fakt, że w czasach komunizmu, polskie władze chciały sprawić, aby nawet ten dzień stał się świętem bardziej świeckim – odsunąć go bardziej od spraw kościelnych. 1 listopada nazywano dniem WSZYSTKICH ZMARŁYCH, co dziś powoduje pewien chaos. Święto Zmarłych obchodzone jest bowiem dopiero 2 listopada, w tzw. Zaduszki. Ciekawe to czasy były, aczkolwiek “lekko” absurdalne :)

Nawet za czasów pogaństwa, w Polsce istniało święto, które celebrowało naszych zmarłych. Tak, zgadza się… męczono nas tym “dziadostwem” przez 2/3 trwania nauki w liceum. Dziady, bo o nich mowa, obchodzono jednak dwa razy w roku (wiosną i jesienią) i miały one na celu nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych aby spróbować zdobyć ich względy. “Duchy” karmiono, pojono, goszczono, spełniano ich zachcianki, rozwiązywało wszelkie ich troski itd.

W naszym małym miasteczku natomiast, sobota minęła na zaliczaniu kilku mocnych, żelaznych i stałych punktów w planie dnia. Po pierwsze kościół. Trzeba się odpowiednio ubrać w najlepsze ciuchy z szafy (przecież ludzie muszą zobaczyć!), włączyć tryb “pobożny”, zmienić minę na bardziej poważną vel smutną vel zamyśloną i z całą rodziną ruszyć na mszę. Tam trochę poziewamy, poudajemy, że słuchamy kazania i automatycznie, jak roboty, bez żadnego pomyślunku przebrniemy przez cały rytuał śpiewając milionowy już raz te same pieśni, litanie, odmawiając te same modlitwy itd. Po kościele zaś, obładowani najlepszymi, najdroższymi i najwspanialszymi wieńcami, zniczami i innymi kwiatkami pójdziemy w procesji na cmentarz. Postoimy 2 godziny na wietrze, ledwo słysząc mowę księdza, przysłuchując się żałobnym melodiom wygrywanym przez lokalną orkiestrę (strażacką?). W myślach tylko dudni nam zdanko “kiedy to się już skończy”, albo “czy aby na pewno wyłączyłam żelazko?”. Po zakończeniu tych tortur, wszyscy razem, żwawo ruszamy w stronę samochodów i z piskiem opon startujemy w stronę domu. Pobijamy kolejny rekord w czasie dojazdu do domu. Wpadamy do gościnnego i zaczynamy bibę. Ciasta, żarcie, kawa, wódka. “Cha cha, chi chi, hejże, hola!”. Wszystko zakupione dzień wcześniej w szaleńczym rajdzie na market.

Myślę, że obecnie konsumpcjonizm, uprawiany na szeroką skalę przez nasze społeczeństwo, zabił ducha każdych świąt. Podobne słowa można napisać w czasie Wielkiej Nocy, czy Bożego Narodzenia. I jedyne co pozostaje nam, ludziom obojętnym na całe to szaleństwo panujące dookoła, to pięknie wyglądający nocą cmentarz, w naszym małym, zwariowanym miasteczku.