Weekend ze zmarłymi. Dzień drugi. 31-10-2008.
Tak moi drodzy. Wczoraj było koszmarnie. Na szczęście dziś miałem wolne, bo dochodzą mnie słuchy, że było 100x gorzej. Moja mama po powrocie z pracy mówiła, że market był oblężony z każdej strony setkami aut. Część ludzi szła na cmentarz, ale sporo z nich zawitało także do “Stonki”. Zwłaszcza, że to ostatnia okazja na zakupy, gdyż jutro robal jest zamknięty. Mnóstwo Niemców, pełno ludzi… wyobrażam sobie co się działo. Ale napisze o tym jak porozmawiam z Sylwią. Może ona też coś tutaj skrobnie od siebie?
Jedno mnie przeraża. Święto Zmarłych/Dzień Wszystkich Świętych staje się kolejnym pretekstem do wielkiego obżarstwa. Pamiętam, że kiedy byłem mały i babcia zabierała mnie “do kościółka”, to jedną z ulubionych kwestii księdza proboszcza, było właśnie celebrowanie dni świętych w odpowiedni sposób. Pamiętał jak mówił skromności, poświęceniu dnia na modlitwie za zmarłych, zadumie i takich tam sprawach. Co widzimy dziś? Rodzinną imprezkę z mocno zakrapianymi libacjami włącznie. Nawet nie myślimy o zmarłych… no, może jedynie podczas tego “cholernego stania na cmentarzu”. Po wszystkim wracamy do ciepłego domu i pijemy, żremy, pijemy, drzemy ryja i tak w kółko. I to w każde święta. Zniknął gdzieś prawdziwy duch takich dni. Do tego dochodzą przyjezdni goście, którzy robią sobie w te dni urlopik i przyjeżdżają wyżreć swoim krewnym całą zawartość lodówki. Zaprawdę dziwna i toksyczna sytuacja. Nie słyszałem, żeby ktoś z Gutynia jeździł “tam” w takie odwiedziny częściej niż raz do roku. Oni są u nas co kilka miesięcy. I tak, to właśnie oni są powodem, dla którego ludzie nie obchodzą już świąt. Skupiają się raczej na tym, jakby tutaj zadowolić swoich gości. Przecież niczego nie może im zabraknąć. Co z tego, że my sami będziemy później ledwo wiązać koniec z końcem? Przecież nie możemy pokazać, że powodzi nam się gorzej…
Wszystko wskazuje na to, że będzie już tylko gorzej. Ciężko jest mi się z tym pogodzić, ale raczej nie ma innego wyjścia.
Weekend ze zmarłymi. Dzień pierwszy. 30-10-2008.
Tej nocy amerykanie świętują Halloween, a ja przymierzam się do wypadu na cmentarz późną porą. Oczywiście zabieram swojego wiernego druha, aparat fotograficzny. Mam nadzieję na ciekawe foty. Co przed weekendem robi większość ludzi? Nie mam pojęcia co kombinują od poniedziałku do środy, ale wiem, że w czwartek zaczynają wychodzić na dwór, kierowani dziką potrzebą. Zapraszam na mrożącą krew w żyłach opowieść o koszmarnym Dniu Targowym w Gutynie!
***
Jest 30 października. Czwartek. Znany także jako Dzień Targowy. Od wczesnych godzin rannych wyłaniają się ze swoich domostw przerażająco wyglądające cienie. Przemykają bardzo szybko, z opuszczonymi ku ziemi głowami, by po chwili zniknąć w gęstej mgle, która jeszcze otula senne miasteczko. Dopiero gdy mgła zaczyna się przerzedzać, dostrzec można ich zaspane twarze, które wyginają się w nieludzkie grymasy. Potargane czupryny, zapadłe i sine oczodoły, palce jak u krogulców. Ich oczy świecą nienaturalnym blaskiem. Wszyscy zmierzają w tym samym kierunku. Dołączają do nich coraz to nowe stwory i po chwili cichy szept dobiegający z ich suchych i popękanych ust, zamienia się w głośny ryk. Horda jest głodna! Horda musi zdobyć pożywienie! Wszyscy krzyczą jedne tylko słowo – “JEEEEŚŚŚŚĆĆĆ!!!”.
***
W pobliskim sklepie spożywczym młoda załoga nie spodziewa się koszmaru, który za chwilę ma się wydarzyć. Pracownicy krzątają się po sali sprzedaży, przygotowują wszystko na otwarcie, wprowadzają ostatnie poprawki do ułożenia towaru, sprzątają zaległe kartony. Jedni wycierają soczewki skanerów kasowych, inni wykładają pieczywo. Stoisko mięsne właśnie przyjmuje świeżą dostawę. Sklep wypełnia się zapachem mięsa, z którego jeszcze kapie zwierzęca krew, zmieszana z tłuszczem. Sytuacja wygląda podobnie na miejskim bazarze. Kupcy poprawiają ekspozycję swoich towarów przeznaczonych na handel. Panuje jednak całkowita cisza. Wyczuwalne jest wszechobecne napięcie. Niemal czuć zapach adrenaliny.
***
Tym czasem na miejskim przystanku, kilkadziesiąt metrów od targu, z piskiem opon zatrzymuje się autobus. Stara i bardzo brudna maszyna. Po kilku trzymających się jeszcze kawałkach lakieru można stwierdzić, że kiedyś musiała być koloru żółto-niebieskiego. Teraz jednak dominuje rdzawy odcień gołego metalu, w dodatku dziurawego jak ser. Przez oblepione kurzem i błotem szyby można ledwo dostrzec to, co znajduje się w środku. Otwierają się automatyczne drzwi i teraz widoczny staje się kierowca tego piekielnego rydwanu. W ustach trzyma żarzącego się papierosa, jego siwe, długie włosy są sztywne i powykręcane jak druty kolczaste, cera blada jak wapno. Stary, czarny i potargany kapelusz, rzuca złowrogi cień na oczy kierowcy ubranego w długi płaszcz. Każde pociągnięcie papierosa rozświetla nieco jego lico, ale wolę nie opisywać jak wyglądają jego oczy. Są upiorne jak cała ta maszyna i jej pasażerowie. Teraz właśnie zaczynają się wytaczać. Stare, grube maszkary z wielkimi torbami z włókna. Zapach jest nie do zniesienia. Odgłosy sapania, chrząkania, kaszlu i plucia flegmą przerywają idealną ciszę, która jeszcze przed chwilą panowała na przystanku. Upiorne babska ruszają we mgle w stronę targowych kupców. I chociaż nie widza dokładnie drogi, trafiają tam bez problemu… jakby kierowane zwierzęcym instynktem. Raz po raz wykrzykują jedne tylko słowo – “ZAAKUUUPYYYY!!!”.
***
W tym samym czasie, na drugim krańcu miasteczka, kierownik sklepu spożywczego z niepokojem zerka na zegarek. Dochodzi godzina siódma. Już wkrótce, już niebawem otworzy szklane wrota i wpuści pierwszych, wesołych, pogodnych mieszkańców sympatycznej miejscowości, którzy spokojnie uzupełnią swoje zapasy i wrócą do domów. Oj, jakże potwornie się myli… nie tego dnia chłopie, nie tym razem!
Punkt siódma. Mężczyzna zmierza w kierunku wejścia, niosąc spory pęk kluczy, które dzwonią przy każdym kroku. Jednak im bliżej drzwi podchodzi, tym dzwonienie kluczy staje się rzadsze. Ciemnowłosa dziewczyna siedząca za kasą w końcu zauważyła, że kierownik zatrzymał się w miejscu.
- Co się stało? No otwieraj! – powiedziała stanowczo.
- Moment! Czy ty widzisz to co ja? – odparł chłopak, który nagle znieruchomiał.
Dziewczyna podeszła bliżej wejścia. Z początku widziała jedynie mgłę, ale po chwili dostrzegła wyłaniające się z niej stworzenia. Grupa ludzi z impetem uderzyła w szklane drzwi, zaczęła okładać je pięściami krzycząc aby wpuścić ich do środka.
- O mój boże! Cóż to takiego?! – wykrzyknęła z przerażeniem.
- Odsuń się od okien! To nie wygląda dobrze… szyby są wzmacniane, ale takiego naporu długo nie wytrzymają! – kierownik schował klucze do kieszeni, złapał za telefon i wykręcił numer miejscowego komisariatu policji. Niestety nikt nie odbierał.
Chłopak spojrzał na przerażoną ekspedientkę ze stoiska mięsnego, która przerwała obróbkę mięsa. W ręku trzymała zakrwawiony tasak, jej biały fartuch pokryły czerwone plamy.
- Macie więcej takich tasaków? Mogą się nam przydać. – zapytał koleżankę, lecz ta ze strachu nie potrafiła mu odpowiedzieć. Patrzyła się tylko przez okno i mamrotała coś pod nosem.
- Hej! Ocknij się! Potrzebujemy waszej pomocy!
- Co? A, tasaki? Nie… mamy tylko dwa.
- Szlag, to źle, bardzo źle… Może znajdziemy coś na zaple… – kierownik przerwał, gdyż usłyszał charakterystyczny dźwięk pękającego szkła. Dwóch osobników wyczepiło jeden ze sklepowych wózków i zaczęli nim uderzać w szyby.
- Za chwilę tutaj wejdą. Musimy się przygotować! Wszyscy na swoje stanowiska!
Pracownice pobiegły na swoje miejsca. W tym momencie wielka szyba w głównych drzwiach nie wytrzymała. Do sklepu wtargnęli pierwsi upiorni klienci, rodem z piekieł. Jeden z nich stanął na środku, podniósł rękę i wskazując palcem w stronę chłodni z nabiałem, szynkami i innymi specjałami, zaczął nieziemsko wyć. Nagle zza niego wypadła cała chmura podobnych stworzeń. Jedni biegli z wózkami, inni z torbami. Horda wlała się do sklepu niczym morze, a przerażona załoga mogła jedynie obserwować proces destrukcji.
- Nigdy w życiu nie czułem się tak bezradny! -powiedział kierownik.
Produkty znikały z półek w zastraszającym tempie. Pozostawały jedynie puste kartony, folie i ogólny bałagan. Wściekli klienci toczyli pianę z ust, walczyli między sobą o ostatnie bochenki chleba, wrzeszczeli, biegali i rozrzucali wszystko dookoła. Niektórzy nie wytrzymywali i zjadali warzywa i owoce już w sklepie! Koszmar! Horror… prawdziwy horror!
Kiedy mgła całkowicie się podniosła, odsłoniła widok na parking. Stało na nim mnóstwo samochodów. Powybijane szyby, kilka przewróconych i podpalonych maszyn. Auta stały nawet na ulicy przed sklepem i na pobliskim parkingu przy cmentarzu.
Kierownik sklepu stał jak wryty i obserwował jak liczebność hordy powoli maleje.
Nagle nie wytrzymał, złapał jednego z “najeźdźców”…
- Co wy ludzie wyprawiacie do ciężkiej cholery?! Opanujcie się! Zniszczycie cały sklep!
Jednak w odpowiedzi usłyszał jedynie jakiś bełkot w obcym języku.
- Niemcy? Niemożliwe, ale dlaczego? – pomyślał. Faktycznie, teraz zauważył, że nie wszyscy wyglądali jak pierwsi ludzie, którzy wpadli do marketu przez rozbitą szybę. Chłopak nabrał odwagi. Podszedł do upiornej postaci, która wyżerała płatki kukurydziane z torebki, rozrzucając wiele dookoła.
- Przepraszam…? – zaczął niepewnie w obawie o swoje zdrowie, a może nawet i życie?
-Hej, proszę pana! – powiedział zdecydowanie głośniej.
Osobnik raptownie odwrócił głowę i spojrzał na chłopaka. Wyglądał niczym sługa szatana, jednak kierownik kontynuował.
- Co się z wami dzieje? Dlaczego tak się zachowujecie?!
- <hrrrrrr> My być głodna ludzia! – zawarczał stwór. – Do nas przyjechoć rodzina z memec i oni zjadają wszystko co mamy w doma! Jo żech już nie wytrzymołech! Jo musza jyyyść <wrrrrrr>! – po tych słowach istota zaczęła dalej pałaszować torbę z płatkami. Zjadł nawet samo opakowanie! Horror, prawdziwy horror!
Nagle pożeracz płatków zaczął węszyć… w pewnym moemncie zawył, ryknął i zaczął uciekać.
- No świetnie, a teraz co znowu? – pomyślał kierownik zmiany. Na jego nieszczęście już wkrótce miał się dowiedzieć. Salę sprzedaży wypełnił okropny zapach. Odór był bardzo silny i duszący. Po chwili rozległo się głośne chrząkanie i odgłosy plucia.
Chłopak wiedział już co się szykuje. Skoczył na równe nogi i zaczął biec w kierunku magazynu. Po drodze zauważył, że wszyscy koszmarni klienci uciekali w popłochu zabierając swoje zakupy. Dziewczyny na kasie w morderczym wysiłku kasowały cały towar. Niektórzy “klienci” uciekali nawet bez płacenia. Chrząkanie dochodziło teraz z pierwszej alei i można było stwierdzić, że cokolwiek wydziela ten okropny smród, niczym z obory, musi teraz stać przy chłodniach.
- Udusimy się jeżeli szybko nie uruchomisz wentylacji! – krzyknął kierownik do jednej z kasjerek, która właśnie była na magazynie. Ta ruszyła w stronę włącznika wentylatorów, jednak jej fartuch zaplątał się w stos palet ustawionych w kącie magazynu. Chłopak miał zdecydowanie dłuższą drogę, ale bez wahania ruszył naprzód. Smród stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Kasjerka próbując uwolnić swój fartuch zaczęła tracić przytomność. W ostatniej chwili ręka kierownika sięgnęła włącznika. Starał się przekręcić wajchę, ale ta ani drgnęła.
- No dawaj!!! – krzyczał, dodając sobie sił. Po chwili mechanizm puścił, a wskazówka pokazała pierwszy bieg napędu. To za mało! Więcej! Potrzebujemy więcej! Nagle blokada puściła całkowicie, a wskazówka wylądowała na maksymalnej wartości. Kierownik leżał pod włącznikiem. Dusił się, próbował nabrać tchu. Kiedy wydawało mu się, że to już koniec, poczuł napływ świeżego powietrza. Łapczywie wziął głęboki oddech. Podbiegł do uwięzionej kasjerki i pomógł jej odplątać fartuch. Młoda dziewczyna oddychała z trudem, ale już nic im nie groziło.
- Skąd pochodził ten duszący smród? – zapytała kobieta.
- To mieszkańcy okolicznych wiosek… wcześnie rano pracują w stajniach i oborach, a później ruszają autobusem na targ. Zgroza! Cud, że żyjemy. Mam nadzieję, że dziewczynom na kasach też się udało… – odpowiedział chłopak.
Kiedy para otworzyła drzwi magazynu, ich oczom ukazał się straszny widok. Wszędzie panował potworny bałagan. W sklepie nie było nikogo, prócz ledwo żywych kasjerek. Przez rozbitą witrynę sklepową wchodziła właśnie druga zmiana.
- Jezu, co tutaj się stało?! – zapytała kierowniczka drugiej ekipy.
- Udało nam się, przeżyliśmy Dzień Targowy przed Świętem Zmarłych!
Bohaterzy ze sklepu udali się do swoich domów. Nie podejrzewają jednak, że to dopiero początek koszmaru. Horroru… prawdziwego horroru.
CDN?
***
A co na to polski gracz?
Każdy fan elektronicznej rozgrywki ma w ostatnich miesiącach 2008 roku spory dylemat. Producenci i wydawcy gier jak zwykle zostawili sobie najbardziej smakowite kąski na okres świąteczny. Po bardzo “chudym” okresie wakacji, machina wydawnicza ruszyła pełną parą i już niedługo zasypani zostaniemy kontynuacjami kultowych tytułów, takich jak Far Cry, Call of Duty, Silent Hill, Fallout czy Command & Conquer – Red Alert. Ich ceny także nie należą do najniższych, ale o tym później.
***
Wyżej wymienione produkcje już odnoszą spore sukcesy. Beta testy, przedpremierowe recenzje i inne wynalazki marketingowe, rozsiewają wokół sztandarowych tytułów klimat “must have”. Pospolity nabywca ma oczywiście zaaplikowane porządne pranie mózgu, które wzbudza u niego chęć posiadania każdego nowego wydawnictwa. Wystarczy jedynie dodać, że najtańsze pudełko z DVD w środku kosztuje nieco poniżej 90, a najdroższe 139 złotych, by mieć obraz rozpaczy przykładowego fana kilku tytułów. “Tato, czy mogę na gwiazdkę dostać FC2, CoD5 i F3? To tylko 340 złociaków, pliiiiisssss!”. W kraju, w którym średnie wynagrodzenie netto wynosi niecałe 900 złotych, spełnienie takiego życzenia wiąże się ze sporym nadwyrężeniem domowych środków pieniężnych. Albo jemy kurczaka na obiad w każdą niedzielę, albo gramy w CoD5 online i powoli zdychamy z głodu próbując zastąpić kurę ryżem i pierogami kupowanymi na wagę.
Co w takiej sytuacji robi mieszkaniec Zachodu? Kupuje dziecku te trzy gry, a do tego dorzuca nową kartę graficzną, która pozwala zapewnić potrzebną płynność animacji. Do tego jest w stanie kupić prezenty podobnej wartości dla każdego członka rodziny, a samemu zafundować sobie i małżonce wypad w Alpy na “białe szaleństwo”, lub do Tunezji na “małe opalanko”. Nieprawdopodobne, ale prawdziwe (najwyżej spłaca później przez pół roku zaciągnięty kredyt świąteczny).
***
Nic zatem dziwnego, że w naszym cudnym kraju najbardziej popularnym sposobem na nabycie ukochanej gry jest… torrent. Niektórzy zaś postanowili żyć zgodnie z prawem i np. kupują jedną gierkę na miesiąc czy dwa. Sam osobiście postanowiłem, że na mej półce będą stały same oryginalne filmy, gry itd. Trudne do osiągnięcia, ale nie niemożliwe. Takie postanowienie uczy szacunku do pieniądza. Uczy nas zarządzania dochodami, oszczędzania i prawidłowego inwestowania. Są zatem i pozytywne strony
I kiedy mieszkaniec Europy zachodniej nie będzie miał już miejsca na swoich regałach, które będą uginały się od płytek na różne nextgenowe systemy (u nas po 200 i więcej zł za jedną grę)… ja będę właścicielem kilku stareńkich, acz kultowych tytułów na PC i PS2, których nigdy nie sprzedam z sentymentu i szacunku do trudu, który włożyłem w zakup owych produktów. Zabawna sprawa. Ten kraj czeka jeszcze długa droga, by choć troszkę zbliżyć się do standardów panujących w innych państwach UE.
***
No ale dość narzekania! I tak jest znacznie, ZNACZNIE lepiej niż kilka lat temu. Najważniejsze jest to, że zbliża się wielkie święto maniaków gier. Już nie mogę się doczekać nowego Silent Hill, nabędę na 100%. Do kompletu pozostanie jeszcze Call of Duty z genialnym multiplayerem, nad którym jednak bardziej się zastanawiam. W sumie jest to poprzednia odsłona w innych realiach historycznych, a do tego jest 2x droższa od poprzedniczki. Uwielbiam marketingowców! :/
Świetny okazał się nowy horrorek od EA – Dead Space. Strasznie kusząca pozycja, którą recenzenci polecają z całego serca. Reszta natomiast musi poczekać na swoją kolej. Niestety nie mieszkam we Francji, Szwecji czy Anglii.
A szkoda…
Szkoła w Szemrowicach.
Będąc na kolejnym, jesiennym spacerze, ku mojemu zdziwieniu, dostrzegłem, że stareńka, szara szkoła w Szemrowicach, z której odpadały coraz większe płaty tynku, została wyremontowana. Nowy wygląd budynku może nie poraża oryginalnością w doborze barw, ale jest przynajmniej ładnie i schludnie. Zdjęcia z przed i po:
Jesień.
Czas biegnie jak oszalały. Jeszcze niedawno pisałem o początku wiosny, pierwszych kwiatach, porządkach wiosennych itd. Wydawałoby się, że od tamtego czasu minęło zaledwie parę miesięcy… Niestety – to już pół roku!
Na szczęście, po kilku dniach typowej, jesiennej pluchy, przyszedł bardzo ciepły weekend. W dni takie jak dzisiejszy, poznajemy prawdziwe znaczenie terminu “Złota Polska Jesień”
. Kiedy chmury przestały już zasłaniać niebo i zniknęła cała ta deszczowa szarówka, świat odsłonił przed nami olbrzymią paletę barw. Usychające liście mienią się w promieniach słońca na żółto, pomarańczowo, czerwono. Zostało jeszcze sporo zielonych. Dla mnie okres ten jest jednym z najpiękniejszych w roku. W lasach pojawiły się grzyby, rozpoczęło się rytualne grzybobranie. Do naszych lasów ściągają całe autokary śląskich grzybiarzy. Na niektórych późno kwitnących drzewach w sadach, pojawiły się nawet owoce.
***
Pierwsze zdjęcie u góry przedstawia drogę do miasteczka. Stałem bardzo daleko, dlatego detale nie są za bardzo wyraźne. Widać jednak, jak bardzo zmienił się kolor drzew rosnących wzdłuż ulicy. Ten widok jest naprawdę piękny “na żywo”.
***
A to mój ulubiony jaśminowiec. Jego także dotknęła już jesień.
***
Na lewo od jaśminowca rozciąga się widok na pozostałości po starym parku dworskim. Te drzewa są bardzo leciwe.
***
Prawda, że kolorystyka jest cudowna?
***
A to nasza “zielona ściana” stanowiąca zachodnią granicę Rancza. Niedlugo liście całkowicie opadną.
***
Jeden z kociaków korzysta z ostatnich, ciepłych dni.
Equilibrium – Mana.
Nowy album tego zespołu pozytywnie mnie zaskoczył. Jest dokładnie taki, jaki miał być. Ale pewien szczegół sprawia, że Sagas stał się w moich oczach dziełem sztuki. Folk-metalowa grupa z Niemiec, składająca się z przeważnie młodych (młodszych ode mnie) ludzi, stworzyła utwór, który według wielu słuchaczy jest największym dziełem w tym gatunku. I trudno się nie zgodzić. Przez cały czas trwania utworu miałem szczękę na podłodze. A kawałek trwa, bagatela, ponad 16 minut! Instrumentalny MANA zamyka płytę, ale za to w jakim stylu! Prawdziwy majstersztyk na finał… orkiestralny kolos z dominującym fletem, trąbkami i genialną linią perkusyjną.
Każdemu miłośnikowi nieco ambitniejszej muzyki polecam ten pełen emocji utwór muzyczny. Usłyszeć Manę i umrzeć… tak, to dobre określenie tego cudu
Nie będę zamieszczał linków do youtube, gdyż jakość obecnego tam materiału jest kiepska. Aby w pełni odczuć potęgę tego kawałka polecam założenie słuchawek i odpowiednie podkręcenie głośności













