Niechaj żyje rewolucja!
+ Recenzja +
Mieliście kiedyś takie wrażenie, że wszystko już słyszeliście, nic nie może Was zaskoczyć ani wywołać uśmiechu na twarzy? Że dziś już nie powstają projekty jak te, które obecnie uważane są za kult? Do niedawna też miałem takie odczucia. Potęgowane były one kolejnymi nieudanymi albumami, które wydawały znane i lubiane kapele. Jako miłośnik melodeathu byłem zrozpaczony kiedy usłyszałem nowe krążki In Flames, czy Children of Bodom. Monotonne, nudne, próbujące udawać nową jakość, a właściwie bez polotu i duszy. Jakby zrobione na “odwal się”. Uzasadniona była zatem moja obawa, że nowy album mojego ulubionego Kalmah’a będzie także czymś miernym. Nieco uspokoiła mnie premiera tytułowego kawałka na myspace. Piosenka okazała się dobra, w charakterystycznym, kalmahowym klimacie. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni i z tą świadomością niepewnie patrzyłem w przyszłość. Czy nowa płyta okaże się tytułową rewolucją? Przekonajmy się.
Kiedy po tygodniach oczekiwań nowy materiał wpadł wreszcie w moje łapska, z drżeniem rąk uruchamiałem odtwarzacz. Pierwsze dźwięki były znajome. Tak, to utwór dobrze mi znany z myspace. Świetne otwarcie, mocne, melodyjne. For the Revolution swoim charakterem przypomina starsze dokonania zespołu i jednocześnie stanowi zapowiedź tego, co usłyszymy w przeciągu następnych kilkudziesięciu minut. Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki drugiego kawałka, człowiek może odnieść wrażenie, że koszmar się niestety spełnił. Ale wtem wchodzą klawisze i szczena opada do ziemi. To jest nowy Kalmah! Folkowy styl wprawia w osłupienie, ale nie może nie przypaść do gustu. Świetny Dead Man’s Shadow pędzi do przodu niczym rumak. Teraz już wiemy, że nowa płyta w niczym nie będzie przypominać poprzedniego albumu, The Black Waltz. Wokal uległ drobnej zmianie. Teraz Pekka połączył dwa style growlu – znany z dawnych lat i nowy, niższy. Brzmi to świetnie. Osobiście od dawna marzyłem żeby tak to właśnie wyglądało i moje modlitwy z last.fm zostały wysłuchane.
Dalej na płycie jest jeszcze lepiej. Kolejne utwory bombardują świetnymi riffami i zaciętym charakterem. Holy Symphony of War, Towards the Sky czy Outremer to prawdziwa uczta dla ucha. Solówki porażają swoją soczystością i pieczołowitością wykonania. Jednocześnie wydają się być bardzo lekkie, grane z przyjemnością. I w tym momencie nadchodzi mój ulubiony kawałek na płycie – Wings of Blackening. Totalny szok! Utwór ten kładzie całe nowe wydawnictwa od In Flames i CoB razem wzięte na maksymalne łopatki. Zauważalna jest złożoność kompozycji, mamy jakby 3 piosenki w jednej, całkowicie różne style i genialna solówka zmiatająca czapki z głów. Oj tak, chłopaki z Kalmah włożyli w nowy longplay wiele miłości. Mamy także jedną balladkę, która stoi na bardzo wysokim poziomie i nieco uspokaja szalone tempo albumu. Stanowi dobry kontrast dla reszty materiału.
Podsumowując, For the Revolution to najlepsza płyta melodeath’owa tego roku (jak dotąd). Na pewno jest to jedna z lepszych produkcji fińskiego Kalmaha i absolutny “must-have” dla fanów zespołu i gatunku. Album dostarcza mnóstwo frajdy, jest utrzymany w ‘oldschoolowym’ klimacie, ale jednocześnie jego maksymalne dopracowanie sprawia wrażenie materiału idealnego i czegoś zupełnie świeżego. Niektórzy mogą się przyczepić, że jest za dużo klawiszy, ale Kalmah zdążył nas już do tego przyzwyczaić. Jedyną wadą płyty jest jej długość. Chciało by się żeby materiał trwał kilkanaście minut dłużej, niestety kończy się zaledwie po 44 minutach. Standard? W tym wypadku strasznie bolesny
. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić każdemu FTR, gdyż pieniądze wydane na zakup CD na pewno nie będą stracone!
___
PS. Opinia wyrażona w tym temacie jest tylko i wyłącznie moim odczuciem. Nie zgadzasz się? Ja z Tobą też nie muszę, ale zawsze można podyskutować
PS.2. Teraz czekam na nowe Equilibrium!

