Mithrill’s Manor


Przesadzanie bonsai.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 22 maj 2008

Ficus Retusa

Przyszedł wreszcie czas, aby moje drzewko nieco rozprostowało korzenie. W starej doniczce, w której tkwiło od maleńkości (niecałe 3 lata) zaczynało już powoli brakować miejsca. Jeżeli po wyjęciu drzewka z doniczki zauważy się, że korzenie oplatają całą bryłę podłoża gęstą siecią, to jest to znak aby zacząć proces przesadzania.

Po pierwsze musimy zaopatrzyć się w odpowiednią doniczkę (oczywiście większą niż obecna, chociaż przy młodych drzewkach można wykorzystać starą), specjalną mieszankę ziemi do drzewek bonsai, zawierającą akadamę (Można też przygotować ją samemu, ale łączy się to z dodatkowymi kosztami. Ja użyłem gotowej mieszanki), nieco drobnych kamyczków, które ułożone na dnie doniczki będą pełniły funkcję drenażu, kawałek siatki, np. wycięty z moskitiery lub innej o rzadkich oczkach (zabezpieczamy nią otwór w doniczce, aby podłoże i drenaż nie wypłynęły nam podczas podlewania). Jakich narzędzi potrzebujemy? W sumie można się obejść bez żadnych. Przydadzą się jednak nożyczki.

Musimy wyciągnąć nasze drzewko z dotychczasowej doniczki i dokładnie rozczesać korzenie. Pozbyć się całkowicie starego podłoża, uważając przy tym aby nie uszkodzić za bardzo samych korzeni. Można to robić na sucho (dłubiąc sobie widelcem np. :) ), lub zastosować metodę wypłukiwania. Lekkim strumieniem wody z węża ogrodowego polewamy przylegające do drzewka podłoże i powoli wypłukujemy zbędny materiał. Wg mnie metoda ta jest najbezpieczniejsza dla korzeni i zabiera najmniej czasu (szczególnie jak ziemia w doniczce zmieniła się w jedną twardą bryłę, tak jak u mnie). Kiedy już uporamy się ze starym podłożem, musimy ocenić stan korzonków. Jeżeli są bardzo długie, możemy śmiało obciąć ok. 1/3 ich długości. Zabieg przycinania korzeni wbrew pozorom przyczynia się do wzmacniania rośliny.

Na dnie nowej doniczki układamy siatkę tak, aby zakryć wszelkie otwory. Na siateczkę sypiemy kamyczki. Warstwa powinna być dość gruba żeby utworzył nam się naturalny filtr. Ok 1-2 cm, w zależności od wielkości doniczki oczywiście… Na kamienie sypiemy pierwszą warstwę podłoża. W to wszystko “wtykamy” nasze drzewko. Pamiętamy, że nie powinno się sadzić drzewa dokładnie pośrodku doniczki, ale należy zachować pewną asymetrię. Wszystko według własnych upodobań . Kiedy roślina będzie już tkwiła w doniczce, obsypujemy ją nową ziemią. Co jakiś czas powinniśmy nieco ubić podłoże żeby bonsai nam się nie przewrócił. Jeżeli jego forma jest bardzo skomplikowana, a drzewko jest już duże i ciężkie, można je unieruchomić lub “przywiązać” do doniczki drutem. W większości przypadków nie jest to jednak potrzebne.

Po kilku minutach pracy jesteśmy gotowi! Teraz drzewko należy obficie podlać (i to tak na maksiora xD). Na okres około miesiąca dajemy mu święty spokój z nawozami i innymi zabiegami. Drzewko zabieramy z bezpośredniego słońca gdzieś w bardziej zacienione miejsce (oczywiście nie w zupełny mrok, ale nieco dalej od okna). Dbamy, aby ziemia nie wyschła, zraszamy koronę – standard. Czekamy na pierwsze oznaki powodzenia, czyli nowe, młode listki. Powinny zacząć się pojawiać po 3 tygodniach.

A tak wygląda teraz mój ficus. Wiem, że za miesiąc będę musiał zająć się jego kształtem. Póki co, niech spokojnie sobie rośnie. Jakość zdjęcia nieciekawa. Robiłem je wieczorem, przy nędznym oświetleniu. Lampa błyskowa nieco psuje kolorystykę :)

Aktualizacja.

Po 2 tygodniach drzewko wypuściło mnóstwo nowych listków. Przesadzanie zakończone pełnym sukcesem!

True Emo.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 17 maj 2008

Kto chce zobaczyć prawdziwego emo? Oto i on!

A tak wyglądałby Adolf, gdyby żył i… “tworzył” w naszych czasach:

“Nikt mnie nie rozumie, jestem taki samotny!”… no i na końcu zrobił to, co każdy true emo zrobić powinien :P

Ludzie mają wyobraźnię… :)

Ehhh… te konsole!

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 17 maj 2008

Nie mogłem się powstrzymać. Sentyment wziął nade mną górę i nie mogłem już nic zrobić. Wygrało dziecko, które ukrywa się gdzieś w moim ciele :) Ale zacznijmy od początku.

Pamiętam przełom roku 1998 – 1999…

Wtedy to postanowiłem namówić rodziców na kupno maszynki do grania. Byłem przekonany, że właśnie tego mi brakuje, a gdy wszyscy kumple dookoła zaczęli kupować PC’ty i grali w te swoje ‘kłejki’, ’starkrafty’, a później ‘half-lajfy’ itd. zacząłem marzyć o możliwości poznania świata elektronicznej rozrywki. Szybko doszedłem do wniosku, że komputer będzie wydatkiem zbyt dużym na możliwości domowego budżetu, a skoro potrzebowałem jedynie narzędzia do grania, to powinienem skupić się na konsoli!

W tym czasie swe triumfy święciła maszynka od Sony’ego.

Tzw. PSX vel plejstejszyn vel plejak, był już na rynku od 3 lat i zdążył wyrobić sobie konkretną opinię. Wielka biblioteka gier, ciekawe i miodne tytuły. Postanowiłem ubłagać ojca. Zadanie nie było łatwe, ale po kilku miesiącach (haha) w końcu się udało. 1999 rok. Wyruszyliśmy w małą podróż do Wrocławia, na największą chyba (w tamtych czasach) w południowej Polsce giełdę komputerową. Odbywała się ona w stołówce Politechniki. Budynek spory, a kolejka do środka ciągnęła się przez kilkadziesiąt metrów po krętym chodniku. Po kilkunastu minutach stania i odsyłania kolejnych gości oferujących “tanie gry na PC/PSX/Saturna!”, rozdających setki ulotek z ofertami kupna zestawów komputerowych i konsol oraz wykupieniu biletu wstępu, wpadliśmy do środka gdzie roiło się od stoisk i fanów elektroniki. Nawiasem mówiąc takiej kolebki wszelkiego piractwa w życiu nie widziałem :) . Jakiś czas później policja zrobiła nalot i więcej o giełdzie nie słyszałem (ale podobno nadal funkcjonuje w każdą niedzielę od 8 rano). Przeszliśmy chyba cały budynek i niestety nie znaleźliśmy konsoli w odpowiadającej nam cenie. Wszystkie kosztowały ok. 500 do 600 zł (nowa w sklepie kosztowała 699zł). Wzdłuż umownych alejek ’sprzedający’ porozstawiali swoje stoiska. Pirackie gry, programy, nieoryginalny sprzęt, podróbki z chin itd. Co chwile ktoś krzyczał tekst w stylu “najtańsze gry na PSX’a tylko u mnie! zapraszam!!!”. W innej części sali urzędowali ‘technicy’. Na stołach leżało pełno wszelkiego rodzaju sprzętu. Naprawiali, przerabiali… w powietrzu unosił się zapach cyny i przypalonej kalafonii. Gotowe konsole pakowano w ich pudła i sprzedawano na stoisku obok. Wszystko na oczach ludzi. To były czasy! Postanowiliśmy tam spróbować. Po krótkiej rozmowie z panem okazało się, że ma coś dla nas. Prawie nowa konsola z padniętym laserem. Brzmiało nieciekawie, ale pan powiedział, że za chwilkę wymieni przy nas laser i wypróbujemy czy działa. Kiedy dowiedział się, że to będzie moja pierwsza konsola z prawdziwego zdarzenia (nie jakiś tam pegasus), od razu wziął się do roboty. Rzucił kilka żartów, trochę poprzeklinał kiedy coś mu nie chciało się odkręcić i za 15 minut konsolka była skręcona i gotowa do podłączenia. Uruchomiła się bez problemu, odczytała grę, zapisała stan na karcie pamięci – było ok.
Przyszedł czas na cenę zestawu. “Jako, że jest używana i po naprawie, policzę tylko robociznę.. hmm… 450 zł i dorzucę Wam tą kartę pamięci i ze dwie gierki”. No kurczę, to było to! Próba targowania się wyszła nam na dobre, bo ostateczna cena stanęła na 400 zł. “Pakujemy sprzęt i uciekamy zanim facet się rozmyśli! “. Pewnie i tak wyszedł na plus (kupił uszkodzoną konsolę za jakieś 100 zł, dołożył 100 na laser i sprzedał całość za 400 :) ), ale co tam. Jak dla mnie było ok. Nie mogłem doczekać się powrotu do domu. Całą drogę grzebałem w pudełku z maszynką i jej okablowaniem, oryginalnym dual shockiem i dodatkowym, zwyczajnym padem oraz kartą pamięci. Do tego dostałem Drivera i Tomb Raidera 3. Nawet nie zwróciłem uwagi na fakt, że konsolka jest przerobiona czipem umożliwiającym odtwarzanie kopii zapasowych gier :P

Wpadłem do domu, podłączyłem wszystko i oddałem się przyjemności grania. Driver okazał się tytułem genialnym Tomb Raider 3 był dla niedoświadczonego nastolatka dość trudnym tytułem, ale cholernie mnie wciągnął. Zacząłem kolekcjonować czasopisma poświęcone PS1. Do dziś mam cały stos archiwalnych numerów Neo Plus. Później przyszedł czas na fascynację serią Resident Evil, Final Fantasy, Tekken, TOCA, Gran Turismo, Syphon Filter… pokochałem japońskie gry rpg i horrory oraz MGS’a :) . Czapkę z głowy zmiótł mi Silent Hill. W tą chorą grę bałem się grać, ale stałem się wielkim fanem serii. Do dziś pamiętam mecze w Tekken 3 z bratem, Elmosem i innymi kumplami, którzy od czasu do czasu wpadali popykać na konsolce. To był świetny okres w moim życiu, zapamiętam go już na zawsze. Konsola służyła mi bardzo długo i nie miałem z nią żadnych większych problemów (oprócz spalonych portów, które zawdzięczam wadliwej karcie pamięci kupionej w Media Markt :P ).

Dochodząc do sedna tego postu… znów to zrobiłem. Po 8 latach od premiery (lol) zakupiłem PS2 (dzięki Ci, Mrozu!). Znów się zacznie – powrót do starych, dobrych czasów. Nadrobimy zaległości, pogramy w kontynuacje moich ulubionych tytułów. Znając życie za kolejne 8 lat zakupię jakiegoś ‘nextgena’, który w tym momencie jest na topie (PS3 lub X360). No cóż, nie będę w stanie się powstrzymać! Poza tym granie na PC to już nie jest to samo. Strasznie ‘bezduszna’ maszyna…

Pozdrawiam wszystkich wielbicieli elektronicznej rozrywki!

Czas urlopu.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 15 maj 2008

Zadziwiający i wręcz niemożliwy jest sposób w jaki mijają człowiekowi wolne od pracy dni. Kiedy zaplanowałem sobie urlop i nadszedł ostatni tydzień roboty, czas dłużył się niemiłosiernie. Tydzień wydawał się być miesiącem. Wcześniej dni leciały jak wściekłe, ale ostatnie godziny były zdecydowaną przesadą. Kiedy człowiek na coś czeka z niecierpliwością, czas zdaje się specjalnie – jak na złość, zwalniać, wręcz stawać w miejscu (patrząc na zegarek wydaje się, że wskazówka ciągle stoi na ‘13:50′).

Natomiast kiedy nadszedł ‘freizeit’ dni zapierniczają jak wściekłe! I za żadne skarby nie da się tego chociaż troszkę spowolnić. Ani się obejrzę, a już minie tydzień i znów trzeba będzie wyruszyć do roboty. Dopiero co cieszyłem się rozpoczęciem wolnego, a już minęły 4 dni. Koszmar.

Pradawne  polskie przysłowie mówi, że ‘wszystko co dobre szybko się kończy’ ( :P ). Na tej podstawie można wywnioskować, że jeżeli chcemy dłużej nacieszyć się urlopem, musimy zagwarantować sobie same złe doznania :) . Wtedy czas będzie nam płynął powoli. Nie mam wyjścia. Od dziś zaczynam sobie uprzykrzać żywot. Nie może być tak, że cały miesiąc czekam na urlop, a kiedy ów okres nadchodzi i ledwo się rozpocznie, już trzeba się z nim żegnać. DOŚĆ! Zero ‘umilaczy’ czasu.

Oczywiście żartować można, ale prawda jest taka, że nic nie zatrzyma biegnącego szaleńczym tempem czasu. Szczególnie, że wszyscy oczekują iż na urlopie będzie się pomagało w pracach domowych. Coś mi się nie wydaje, że taki stan rzeczy szybko ulegnie zmianie. Do zrobienia jest jeszcze masa rzeczy… a jak wszyscy wiedzą – przy prac czas szybciej ucieka :) . No cóż, pozostaje żyć nadzieją, że jakoś się wytrzyma do następnego urlopu. Tym razem wezmę 2 tygodnie!

Niechaj żyje rewolucja!

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 14 maj 2008

+ Recenzja +

Mieliście kiedyś takie wrażenie, że wszystko już słyszeliście, nic nie może Was zaskoczyć ani wywołać uśmiechu na twarzy? Że dziś już nie powstają projekty jak te, które obecnie uważane są za kult? Do niedawna też miałem takie odczucia. Potęgowane były one kolejnymi nieudanymi albumami, które wydawały znane i lubiane kapele. Jako miłośnik melodeathu byłem zrozpaczony kiedy usłyszałem nowe krążki In Flames, czy Children of Bodom. Monotonne, nudne, próbujące udawać nową jakość, a właściwie bez polotu i duszy. Jakby zrobione na “odwal się”. Uzasadniona była zatem moja obawa, że nowy album mojego ulubionego Kalmah’a będzie także czymś miernym. Nieco uspokoiła mnie premiera tytułowego kawałka na myspace. Piosenka okazała się dobra, w charakterystycznym, kalmahowym klimacie. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni i z tą świadomością niepewnie patrzyłem w przyszłość. Czy nowa płyta okaże się tytułową rewolucją? Przekonajmy się.

Kiedy po tygodniach oczekiwań nowy materiał wpadł wreszcie w moje łapska, z drżeniem rąk uruchamiałem odtwarzacz. Pierwsze dźwięki były znajome. Tak, to utwór dobrze mi znany z myspace. Świetne otwarcie, mocne, melodyjne. For the Revolution swoim charakterem przypomina starsze dokonania zespołu i jednocześnie stanowi zapowiedź tego, co usłyszymy w przeciągu następnych kilkudziesięciu minut. Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki drugiego kawałka, człowiek może odnieść wrażenie, że koszmar się niestety spełnił. Ale wtem wchodzą klawisze i szczena opada do ziemi. To jest nowy Kalmah! Folkowy styl wprawia w osłupienie, ale nie może nie przypaść do gustu. Świetny Dead Man’s Shadow pędzi do przodu niczym rumak. Teraz już wiemy, że nowa płyta w niczym nie będzie przypominać poprzedniego albumu, The Black Waltz. Wokal uległ drobnej zmianie. Teraz Pekka połączył dwa style growlu – znany z dawnych lat i nowy, niższy. Brzmi to świetnie. Osobiście od dawna marzyłem żeby tak to właśnie wyglądało i moje modlitwy z last.fm zostały wysłuchane.
Dalej na płycie jest jeszcze lepiej. Kolejne utwory bombardują świetnymi riffami i zaciętym charakterem. Holy Symphony of War, Towards the Sky czy Outremer to prawdziwa uczta dla ucha. Solówki porażają swoją soczystością i pieczołowitością wykonania. Jednocześnie wydają się być bardzo lekkie, grane z przyjemnością. I w tym momencie nadchodzi mój ulubiony kawałek na płycie – Wings of Blackening. Totalny szok! Utwór ten kładzie całe nowe wydawnictwa od In Flames i CoB razem wzięte na maksymalne łopatki. Zauważalna jest złożoność kompozycji, mamy jakby 3 piosenki w jednej, całkowicie różne style i genialna solówka zmiatająca czapki z głów. Oj tak, chłopaki z Kalmah włożyli w nowy longplay wiele miłości. Mamy także jedną balladkę, która stoi na bardzo wysokim poziomie i nieco uspokaja szalone tempo albumu. Stanowi dobry kontrast dla reszty materiału.

Podsumowując, For the Revolution to najlepsza płyta melodeath’owa tego roku (jak dotąd). Na pewno jest to jedna z lepszych produkcji fińskiego Kalmaha i absolutny “must-have” dla fanów zespołu i gatunku. Album dostarcza mnóstwo frajdy, jest utrzymany w ‘oldschoolowym’ klimacie, ale jednocześnie jego maksymalne dopracowanie sprawia wrażenie materiału idealnego i czegoś zupełnie świeżego. Niektórzy mogą się przyczepić, że jest za dużo klawiszy, ale Kalmah zdążył nas już do tego przyzwyczaić. Jedyną wadą płyty jest jej długość. Chciało by się żeby materiał trwał kilkanaście minut dłużej, niestety kończy się zaledwie po 44 minutach. Standard? W tym wypadku strasznie bolesny :) . Nie pozostaje mi nic innego jak polecić każdemu FTR, gdyż pieniądze wydane na zakup CD na pewno nie będą stracone!

___

PS. Opinia wyrażona w tym temacie jest tylko i wyłącznie moim odczuciem. Nie zgadzasz się? Ja z Tobą też nie muszę, ale zawsze można podyskutować :)

PS.2. Teraz czekam na nowe Equilibrium!

Piątkowy Spacer

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 9 maj 2008

Już we wtorek obmyśliliśmy z Sylwikiem plan na piątek. Mała wędrówka, kilka kilometrów na południe od mojego domu. W przeciwieństwie do wspomnień Drzewca z Władcy Pierścieni, któremu wędrówka na południe kojarzyła się ze schodzeniem ze zbocza pagórka, my krocząc na południe mieliśmy ciągle POD górkę. Dzień był piękny, postanowiłem więc zabrać aparat. Powiem szczerze, że dawno już nie odbyłem takiej wędrówki. Za młodu (haha!) spokojnie trzaskało się kolejne kilometry, ale po tak długiej przerwie był to nie lada wysiłek… pomyślałem wtedy o Wonsie, który pewnie dostanie niezły wycisk podczas drylu wojskowego. Biedny… :)

Zjedliśmy podwieczorek, chwyciłem za butelkę mineralnej i ruszyliśmy. Po wyjściu z domu uderzył mnie cudowny zapach kwitnącego kasztanowca. Nie myślałem, że drzewo to potrafi wydzielać tak przyjemną woń. Bzy przy tym to mały pikuś. Później po drodze natykaliśmy się jeszcze na kila bogatych sadów, w których kwitnące drzewa owocowe po prostu bombardowały nas pięknymi zapachami. Kolejny raz pomyślałem sobie, że musiałem wyprowadzić się na wieś, ażeby doświadczyć tak błahych, lecz ujmujących rzeczy, jak zapach kwitnących jabłoni czy rzepaku. W mieście jakoś mnie to omijało, chociaż drzew owocowych, np. na naszych miejskich działkach, nie brakuje. Jednak na wsi jest ich wszędzie od groma, a zapach nie ucieka razem z wiatrem. Utrzymuje się w miejscu i pozwala się “zauważyć”.

(W tle widać pozostałości po rozebranej stodole. Czekają w kolejce do pocięcia i spalenia. Opału mamy chyba na kilka zim :) )

To był świetny pomysł z tym spacerem. Pamiętam, że zawsze po porządnym dotlenieniu spałem w nocy jak niemowlę. Nie inaczej będzie zapewne i tym razem. Już czuję, że odpływam :) . Za cel naszej wędrówki obraliśmy sobie pewną kapliczkę, stojącą na górce za Szemrowicami. Jakieś 4 do 5 km od domu. Mijając szemrowicką szkołę już widzieliśmy wznoszący się na odległym pagórku niewielki budynek otoczony drzewami. Widok dość intrygujący – jakby na środku szczerego pola znajdowało się coś ważnego…

Na zdjęciu wydaje się całkiem blisko, ale szosa, która tam prowadzi wiedzie szerokim łukiem omijającym wszystkie pola. 1/4 trasy mieliśmy już za sobą.

Po drodze mijaliśmy piękne ogrody przydomowe. Przyznam, że jestem pod wrażeniem wyglądu obejść. Wszystko wypucowane, trawka przystrzyżona… ludzie coraz bardziej dbają o swoje otoczenie. Zdziwił mnie fakt, że praktycznie każda opuszczona rudera, która jeszcze przed zimą straszyła zawalonym dachem lub sypiącą się ścianą została kupiona i trwają ich remonty. Ludzie musieli sporo zarobić na pracach w Holandii, Niemczech itp. Nie ukrywam, że jest to wieli pozytyw. Okolica bardzo wyładniała. Jednym z lepszych widoków były kolorowe szyby w kościele szemrowickim, przez które przebijało się światło tworząc mały koncert barw. Budynek o bardzo nowoczesnym charakterze, zaprojektowany przez samego prof. Wiktora Zina, znanego polskiego architekta, rysownika i gawędziarza, który prowadził w telewizji popularny program Piórkiem i Węglem. Więcej zdjęć kościoła zamieszczę na końcu tego posta.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Kiedy byliśmy już niemal na górze zaskoczył nas rozciągający się po lewej stronie widok. Jak na dłoni mieliśmy cały Gutyń. Miasteczko wydawało się bardzo malutkie i jakby zupełnie wyludnione. Chwilę staliśmy w milczeniu i obserwowaliśmy krajobraz. Panowała cisza, nie było słychać żadnego zgiełku, czy samochodów. Jedynie świergot ptaków i szum wiatru. Można było poczuć się jak Guliwer w krainie liliputów. Miałem wrażenie, że cała miejscowość zmieściła by się w mojej garści.

W takich chwilach żałuję, że nie kupiłem jeszcze statywu. Ręka strasznie mi się trzęsła na wietrze, stąd brak ostrości :) … przepraszam za słabą jakość fotek. Cieszę się jednak, że widoczne na zdjęciu są promienie słońca przebijającego się zza chmur, tzw. języki Boga. Trzeba się dobrze przyjrzeć, ale na żywo widok był oczywiście znacznie lepszy. Przy kapliczce porobiliśmy kilka zdjęć (nie będę zamieszczał wszystkich, gdyż sam budynek nie jest bardzo interesujący), usiedliśmy na gęstej trawie, w cieniu… porozmawialiśmy o okolicy, o widokach. Odpoczęliśmy i wypiliśmy pół butelki mineralnego Żywca. Patrzyliśmy na kościół w Szemrowicach, który z tego miejsca robi wielkie wrażenie. Wygląda niczym arka dryfująca wśród drzew, ponad dachami domów. Oj… jest na co popatrzeć!

Postanowiliśmy zatem, że wracając wybierzemy drogę biegnącą u stóp wzniesienia, na którym wybudowano kościół. Oznaczało to nadrobienie kilkuset metrów, ale co tam… było warto, chociażby dla tego zdjęcia:

Słońce świeciło tak mocno, że nawet zmniejszenie przysłony wiele nie dało. Nie mam dziś czasu na zabawę ‘fotoszopem’.

Po powrocie nogi bolały nas okrutnie. Zjedliśmy kolację i rozpoczęliśmy rytualną, długą rozmowę na milion tematów :) Od nadmiaru świeżego powietrza do tej pory huczy mi w głowie. Świetny, udany dzień!

PS. Obiecałem Sylwikowi, że zamieszczę jakieś jej zdjęcie z dzisiejszej wyprawy… no to proszę!

Następna strona »