Historia pewnego pokoju.

Jak już kiedyś pisałem najważniejszym powodem, dla którego poparłem pomysł przeprowadzenia się do nowego domu był mój własny pokój.

Kiedy zobaczyłem poddasze po raz pierwszy ręce mi opadły. Na strychu walały się zniszczone meble, zakurzone graty i mnóstwo starych, cuchnących ubrań. Wtedy pomyślałem sobie, że czeka nas prawdziwa udręka. Doprowadzenie tego do porządku zajęło nam dwa dni. Wywieźliśmy na wysypisko cztery przyczepy wszelakich śmieci, które poprzedni właściciele gromadzili przez lata na strychu. Od starej, sztucznej choinki, poprzez drewnianą beczkę, zużyte i potrzaskane świetlówki, masę butelek po wódce i winach, starych drzwiach kończąc na kartonach wypełnionych starym pierzem (szkoda, że nie było wtedy żadnego pana, który pierze skupuje). Po zrobieniu porządku nastała kilkumiesięczna przerwa. Zajęliśmy się wtedy głównie parterem. “Pięterko” czekało cierpliwie na swoją kolej.

Kiedy nadeszła jego pora szybko zrobiliśmy plan adaptacji poddasza na pokoje mieszkalne. Należało zacząć od dołu :). Pod warstwą desek będących podłogą znaleźliśmy przestrzenie wypełnione ziarnem. Istny spichlerz. Służyło to chyba wygłuszeniu stropu, ale w sumie nie rozumiem po co, skoro strych nie był zamieszkany. Nie wybraliśmy wszystkiego, nie opłacało się. Za to mamy teraz dobrze wygłuszony strop :D

Zaraz pod warstwą desek znajdował się kolejny materiał wygłuszający. Była to glina. Strasznie ciężka ale idealnie tłumiąca wszelki hałas. Wybraliśmy ją tylko z części wokół schodów. Tam strop musiał być jak najbardziej odciążony z powodu modyfikacji schodów i odcięcia jednej z belek wspornikowych. Zastąpiona metalową szyną belka miała chyba 50cm średnicy. Stare, ale zdrowe i piekielnie mocne drewno. Teraz nie spotyka się takich bel. Następnie trzeba było się zabrać za konstrukcję sufitu. Zrobili to ojciec z jego kolegą. Wyszło naprawdę fachowo. Później wstawienie okien oraz instalacja grzewcza.

Kiedy już uporaliśmy się ze starą podłogą strychu i nową konstrukcją sufitu, przyszedł czas na ocieplenie dachu. Oczywiście najpierw przeszliśmy krótkie szkolenie. Kilka czasopism budowlanych i film promocyjny jednej z firm produkującej wełnę mineralną wystarczyły w zupełności. Materiały już od kilku tygodni czekały w magazynie, więc wnieśliśmy wełnę na górę domu, ubraliśmy odzież ochronną, maski zapobiegające wdychaniu szkodliwego pyły szklanego i gogle na oczy, no i zabraliśmy się do roboty. Wełnę trzeba pociąć na odpowiedniej długości pasy i wsadzić między krokwie. Wszystko zabezpiecza się przed wypadnięciem sznurkiem. W nowych domach nie jest to potrzebne, gdyż krokwie są równiutko od siebie oddalone. U nas jednak różnice kilku centymetrów były standardem i trzeba było za każdym razem odpowiednio przycinać pasy wełny. Po tygodniu byliśmy gotowi. Poszłoby szybciej gdyby nie praca i inne obowiązki. Przyznam, że już na tym etapie prac poddasze zaczynało wyglądać interesująco. Teraz musieliśmy przygotować stelaż dla drugiej warstwy wełny, która miała być układana wszerz dachu. Trzeba było przykręcić do krokwi coś w rodzaju wewnętrznych łat, kontrkrokwii… lecz tym razem z aluminiowych profili. Między nie poszła druga warstwa wełny. Teraz trzeba było przykryć wszystko folią paroizolacyjną. Od teraz poddasze wyglądało już jak jeden, wielki pokój. Prawie gotowe do zamieszkania :) Najgorszy na tym etapie był pył z wełny mineralnej. Właził wszędzie, a lekkie pogładzenie skóry ręką kończyło się mikroskopijnymi ranami. Praktycznie każdy prysznic był jak piekielne tortury. Wszystkie te ranki niesamowicie szczypały po zetknięciu z mydłem. Włosy po całym dniu na strychu były sztywne jak szkło :) Ludzie, którzy zajmują się tym zawodowo mają przesrane. Wolę nawet nie myśleć o chorobach płuc spowodowanych nadmiernym wdychaniem tego pyłu.

Skoro byliśmy już przy aluminiowych profilach, szybko powstała także konstrukcja głównej ściany działowej. Wtedy to poznałem kształt mojego pokoju. Długa na 7 metrów, szeroka na 4 przestrzeń robiła wrażenie. Stwierdziłem wtedy, że to za dużo na jeden pokój. Dlatego ‘podzieliłem’ ją na dwie części. Kiedy wełna izolacyjna tkwiła już we wszystkich szczelinach, a folia paroizolacyjna szczelnie przykryła wszystkie ściany i sufit, tak, że nie przeszkadzał nam już wszechobecny pył szklany, mogliśmy spokojnie zająć się elektrycznością (tym bawił się ojciec), a następnie ścianami. Zabraliśmy się za płyty kartonowo-gipsowe. Wyłożyliśmy nimi wszystkie ściany i pokój wreszcie uzyskał swój ostateczny kształt. Teraz tylko szpachlowanie łączeń płyt, szlifowanie i można było zająć się podłogą. Najpierw poziomowanie (układanie desek na belach stropowych, przykręcanie ich), później rozciąganie na całej podłodze folii paroizolacyjnej, a następnie wnoszenie całkiem ciężkich płyt wiórowych i przykręcanie ich do desek poziomujących. Po wszystkim mieliśmy już podłogę z prawdziwego zdarzenia.
Dalej poszło już z górki. Gruntowanie, pierwsza warstwa farby, biały podkład. Później już właściwe kolory pokoju. Po wyschnięciu farby przyjechały panele podłogowe i gąbka tłumiąca. W jeden wieczór położyliśmy z ojcem panele i padliśmy ze zmęczenia na swoje łóżka :)

Obecnie jestem na etapie wykończeniowym. Zostało jeszcze kilka poprawek. Mam prawie wszystkie meble, brakuje jeszcze dwóch szafek i nowej rogówki. Myślę, że za 2 miesiące pokój będzie w 100% gotowy, a ja będę mógł zamieścić zdjęcia prezentujące ostateczny efekt pracy (bo póki co wszystko jest tylko tymczasowo poustawiane).

Śmiesznie się na to patrzy z perspektywy czasu:

Wyszło całkiem nieźle…

Posted in Pamiętnik.

Leave a Reply