Mithrill’s Manor


Najpiękniejszy? Zdecydowanie!

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 28 kwiecień 2008

Województwo opolskie, wieś Kopice, równe 100km od Gutynia. Dawna siedziba rodu Schaffgotschów. Zbudowali oni tutaj jeden z najpiękniejszych pałaców w tej części Europy. Pisząc swoją pracę licencjacką nie mogłem nie uwzględnić w niej tej budowli.

Historia właścicieli posiadłości przypomina bajkę o Kopciuszku. Hrabia Hans Ulrich von Schaffgotsch kupił dobra w Kopicach specjalnie dla swojej młodziutkiej żony. Joanna Grycik von Schomberg-Godula była młodą, 17-letnią damą. Jednak nie zawsze miała hrabiowski tytuł. Jej ojciec pracował u jednego z najbogatszych ludzi tamtych czasów. Przedsiębiorca Karol Godula miał niewyobrażalnie wielki majątek. Był najbogatszym człowiekiem na Śląsku. Posiadał liczne kopalnie węgla i galmanu… Kiedy ojciec Joanny umiera, a jej matka porzuca dziewczynkę, decyzją sądu prawną opiekunką dziecka zostaje jedna ze służących starego Goduli. Możny pan, otoczony przepychem i olbrzymią fortuną nie miał jednak potomków. Nic dziwnego zatem, że martwił się o losy swojego majątku. Czyżby po jego śmierci wszystko miało zostać stracone? I tak pewnego dnia natknął się na malutką Joannę bawiącą się w jego ogrodzie. Dziewczynka zauroczyła starszego pana. Nie bała się możnego, srogiego pana (podobno takie sprawiał wrażenie), traktowała go jak swojego dziadka. Była otwarta i bezpośrednia. Karol pokochał małą Joannę i ogłosił ją swoją córką, dziedziczką nazwiska i majątku. Wyłożył pieniądze na jej edukację. To się nazywa szczęście. To tak, jakby Bill Gates zapisał Ci cały swój dorobek i firmę :)

Niebawem Joanna otrzymała od króla Prus, Fryderyka Wilhelma IV Hohenzollern’a, tytuł szlachecki. Przyszedł także czas na miłość i niecodzienny mezalians. Hans Ulrich pochodził z bardzo wpływowego rodu, jednak nie miał wielkiego majątku (fortunę jego rodziny odziedziczył stryj Hansa). Joanna natomiast była szalenie bogata, jednak była tylko córką służącej ze świeżo nadanym szlachectwem. Typowa “nowobogacka” :) . To jednak nie stanowiło żadnej przeszkody. Ślubnym podarkiem dla ukochanej miała być bajkowa rezydencja. Godna prawdziwej księżniczki, coś niespotykanego nigdzie indziej. Zatrudnieni zostali najwięksi architekci tamtych czasów, a wszystkim kierował ówczesny bóg architektury zamkowej, miejskiej i renowacji zabytków – Karl Lüdecke. Do Kopic, gdzie powstawał pałac, zaczęły napływać dobra zamawiane u najwspanialszych rzemieślników świata. Od Włoch, po Indie. Nie muszę chyba mówić, że Hans całkowicie się “spłukał”? Całość kosztowała krocie. Ale zakochani mogli spokojnie żyć za pieniądze Joanny do końca swych dni. Starczyło jeszcze dla pięcioro dzieci i wnuków młodej hrabianki…

Trzeba przyznać, że Lüdecke przeszedł samego siebie.

Rezydencja otoczona była z trzech stron rozległymi stawami. W pobliżu założono hektary ogrodów kwiatowych i warzywnych, sad, oranżerię, ogród zimowy. Drzewa tropikalne w palmiarni dochodziły do 17 metrów wysokości. Przed “pałacem na wodzie” rozpościerały się kwiatowe dywany o przeróżnych wzorach i barwach. Obok pałacu, na powierzchni 100 hektarów, rozciągał się słynny park krajobrazowy, a dbał o niego sam królewski dyrektor ogrodów Wilhelm Hempel. Ozdobą parku były m.in. stuletnie dęby, sztuczne ruiny “średniowiecznego” zamku, “mysia wieża”, kaplica grobowa rodziny Schaffgotschów, niewielka świątynia dumania Diany, pawilon chiński. Park zdobiły 1342 rzeźby postaci oraz zwierząt w naturalnych rozmiarach, dłuta wrocławskiego mistrza Carla Kerna.
Atmosfery przepychu i piękna dopełniały przemyślnie wkomponowane fontanny. Na jednej ze sztucznych wysp wzniesiono altanę, obok której stanęła wysoka kolumna zwieńczona figurą anioła. W parku hrabia hodował daniele. Jego syn planował budowę pól golfowych, a nawet małego lotniska dla samolotów, które sporadycznie lądowały w Kopicach już w latach trzydziestych.

Wszystko pięknie i ładnie. Ale jak tylko Kopice przestały być własnością Schaffgotschów (rok 1945), zaczęły się dziać niewyobrażalne rzeczy. Na samą myśl o nich człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni!

Pałac przetrwał wojnę w stanie nienaruszonym, jeszcze mój ojciec pamięta w miarę dobry stan budowli (okolice 1967). Jednak od połowy lat 50-tych zaczyna się okres tzw. grabieży majątku Schaffgotschów. Powoli znikało wszystko, od posągów po wyposażenie zamczyska. Podłogi i drewniane zdobienia służyły okolicznym mieszkańcom jako opał na zimę. Cegła zamkowa wykorzystywana była do budowy obór i chlewów. Jadąc przez wieś można nawet zobaczyć które domy i budynki gospodarcze zostały wybudowane ze szczątków “pałacu na wodzie”. Pomyślcie sobie, tak majestatyczna budowla trafia w łapska oszalałego motłochu, który rujnuje i wywozi wszystko, następnie spuszcza wodę ze stawów i podpala budynek aby zatrzeć wszelkie ślady. Wody brak, po chwili nie ma już czym gasić olbrzymiego kompleksu. Horror! Rozpacz! Nie rozumiem jak można było dopuścić do takich czynów. Ale to jeszcze nie koniec męczarni tego pięknego obiektu.

Szaleńcza dewastacja trwała nadal. Niebawem pojawili się w Kopicach handlarze dziełami sztuki, najemnicy i inni ‘tomb raiderzy’, którzy zaczęli wywozić ocalałe po pożarach, cenne rzeźby i inne artefakty. Swój udział w zniszczeniach ma także okoliczna młodzież, która zabawiała się wieczorami paćkając mury farbą, niszcząc sztukaterię, która ledwo już trzymała się ścian. Oczami wyobraźni widzę to jako jedną wielką Sodomę i Gomorę. A najlepsze jest to, że nikt nie robił zupełnie niczego, aby uratować pałac. Władze gminne przestały interesować się posiadłością po jej drugim pożarze.

I wtedy właśnie pojawiła się nadzieja. Oto nadszedł człowiek, który oświadczył wszem i wobec, że kupi pałac i doprowadzi go do dawnej świetności w przeciągu kilkunastu miesięcy. W 1990 roku władze sprzedały ruinę pewnemu biznesmanowi. Za ile? Równowartość dzisiejszych 5k zł. I to rozłożonych na wieloletnie raty. Tak więc śmieszna sumka byłą jedynie kwotą symboliczną, która nie miała obciążać finansowo człowieka, który już niebawem miał zamienić Kopice w wielki plac budowy. Miał… ale do dziś tego nie zrobił. Co gorsza… człowiek ten okazał się być ‘gwoździem do trumny’ tego wspaniałego pałacu. Zniknęły bezcenne rzeźby, ornamenty, a nawet rzygacze odprowadzające wodę z dachów. Zupełnie legalnie pan K. zamienił “pałac na wodzie” w przerażającą ruinę. Ostały się jedynie ściany i kupa gruzu wewnątrz nich.

Pytam zatem DLACZEGO?! Jak to jest możliwe? Dlaczego władze olały ten piękny pałac? Dlaczego mieszkańcy Kopic, którzy zawdzięczali Joannie tak wiele, postanowili zniszczyć jej ukochany azyl? Dlaczego do tej pory państwo nie robi nic w kierunku odzyskania majątku Schaffgotschów? Zupełnie tego nie pojmuję.

Ostatnio przeczytałem w internecie ogłoszenie, w którym pan K. proponuje odsprzedać zamek za ponad 1 milion euro. Skandal! No ale cóż, teraz już za późno, wszystko jest przeprowadzone zgodnie z prawem. Pozostaje jedynie zastanowić się nad faktem, czy obecny właściciel posiada sumienie… wydaje się, że to zwyczajny cwaniak, który wyczuł sporą kasiorę i skorzystał z sytuacji robiąc z władz gminy całkowitych tumanów. No cóż, to nie pierwszy i nie ostatni taki osobnik.

Co ciekawe, na ogłoszenie odpowiedziała pewna amerykańska firma. Bardzo majętna. Wynajęła prawników, którzy mają zająć się tą sprawą i doprowadzić do ugody. Planują całkowitą odbudowę i otwarcie jakiegoś uzdrowiska w Kopicach. Może zatem po prawie 60 latach pałac znów zabłyśnie pełną krasą? Skorzystają na nim jednak nie nasi “mądrzy” rodacy (uważam, że mieszkańcy Kopic sami zabili swoją kurę, która mogła znosić dla nich złote jajka), ale jak zwykle obcokrajowcy. To takie… POLSKIE!

Z niecierpliwością czekam na zakończenie tej sprawy i odbudowę tego pięknego miejsca. Dla mnie jest to najwspanialszy pałac w naszym kraju. Nawet jego ruiny robią ogromne wrażenie kiedy widzi się je na żywo, z bliska…

Mały update – kolejne fotki przedstawiające obecną sytuację pałacu. A także porównanie z czasami świetności.

Ciekawostka

Opublikowany w Mjuzik - autor: mithrill na 25 kwiecień 2008

Czy zastanawialiście się kiedyś jaki jest najkrótszy utwór muzyczny w dziejach? Odpowiedź można znaleźć w Księdze Rekordów Guinessa. Dla mnie to zaskoczenie. Otóż zespół niegdyś grindcore’owy (gatunek muzyczny znany z brutalności i niezbyt długich czasów trwania ‘piosenek’), Napalm Death, ma w swojej dyskografii dzieło, które trwa niecałą sekundę. O dziwo – grają to na koncertach. Kawałek nazywa się You Suffer. Brzmi to jak jakiś podły żart, ale ludziom się podoba :D . Oto próbka… em.. to znaczy CAŁY utwór:

Oraz jego koncertowa wersja ^^

Należą się brawa!

Tekst? “You Suffer, BUT WHY!?”. Chciałoby się rzec “no i pozamiatane”. Ludzie wrzeszczą “fuck, yeah!”, “jeszcze raz!”. No tak, ja również nie mogę przestać słuchać tego dzieła! xD

PS. Napalm Death to (jakby nie było) zespół genialny! Obecnie grają death metal (chociaż na początku byli jednymi z prekursorów grindcore w Wielkiej Brytanii i nieco z tamtych czasów im zostało) . Oczywiście nie każdy lubi takie klimaty… Podoba mi się, że nie robią z siebie kretynów i wyglądają jak ludzie na scenie.

Fotografie

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 22 kwiecień 2008

To chyba najlepsze zdjęcie jakie w życiu zrobiłem… przynajmniej mi się podoba. Szczególnie detale bluzki. Uprzedzam, że na monitorach LCD zdjęcie to wygląda koszmarnie :D . Na starych, dobrych CRT jest w porządku.

Ćwiczę nadal!

Wkrótce seria zdjęć obrazujących moją wiochę, w której obecnie mieszkam (może zahaczę też o Gutyń?). Na zachętę parę fot z ubiegłego lata. Testowałem wtedy aparat, więc jakość nie jest najlepsza, a i obiekty mało ciekawe :D

Internetowa znieczulica.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 18 kwiecień 2008

Obejrzałem wczoraj pewien film, który po raz kolejny zmusił mnie do refleksji. Aby zrozumieć o co chodzi, najpierw powinniście odwiedzić stronę www.killwithme.com

Jakiego dokonaliście wyboru? Czy ciekawość wzięła górę? Otóż to – w 90% przypadków internauci klikną w link i dalej do zawartości. Każdy ma pewnego rodzaju “słabość” do przemocy, mocnych wrażeń. Sam film nie jest dziełem wybitnym, ale porusza ciekawy problem. Już tłumaczę o co chodzi (oczywiście nie będę zdradzał ważnych dla fabuły rzeczy).

Film opowiada o agentce FBI, która pracuje w dziale ‘zwalczania przestępczości internetowej’ w Portland. Jest ona rozumiana pod bardzo szerokim kątem. Od nielegalnego rozpowszechniania materiałów chronionych prawem, po pedofilię, hackerów, sprzedaż narkotyków itd. Razem ze swoim partnerem z pokoju przesiadują nocami przed monitorami, tropiąc w sieci wszelakich przestępców.
Widać, że sztukę tą mają opanowaną do perfekcji (jak dla mnie aż za dobrze… to jest właśnie jedna z wad filmu + Windows Vista na każdym kompie xD) i każda noc zdaje się wyglądać tak samo. Zajęcie może nieco monotonne, ale mające ‘wyższy’ cel.

Kolejna zmiana. Wszystko wskazuje, że będzie to jeden z “tych nudnych” dyżurów. Jednak wkrótce agentka Jennifer Marsh otrzymuje cynk od policji o jakiejś podejrzanej stronie. Oczywiście postanawia ją sprawdzić. Po wpisaniu adresu jej oczom ukazuje się rentgenowskie zdjęcie czaszki i czerwony napis KILLWITHME. Przekonana, że zobaczy jakaś kolejną pierdołę, lub jedną z setek mistyfikacji wchodzi na stronkę. Pojawia się obraz wideo nadawany “na żywo” oraz licznik osób odwiedzających stronę. Agentka obserwuje jak mały kot zostaje przyklejony do pułapki na szczury (lepka mata, do której przykleja się gryzoń, zwabiony zapachem kleju, który imituje różne zwierzęce smakołyki, szczur liże matę i zakleja sobie w ten sposób drogi oddechowe – dusi się). Po pewnym czasie zwierzę zdycha. Liczba oglądających wynosi około 200 osób. Szybko okazuje się, że strony tej nie można zablokować, serwery znajdują się w Rosji. Nie można namierzyć IP komputera właściciela strony, ponieważ zorganizował on sobie jakąś mistrzowską, wirtualną sieć, która pozuje na połączenia z różnych zakątków świata itd. Jednym słowem jakiś genialny hacker, który całkowicie uniemożliwił namierzenie swojej osoby i zablokowania strony (każda próba wyłączenia jej kończyła się kolejnym restartem z jakiegoś innego serwera) .

Wieści szybko się roznoszą po internetowej społeczności, a FBI bagatelizuje sprawę sądząc, że to jakiś jednorazowy wybryk, lub doskonale przygotowane, nieprawdziwe przedstawienie. Jednak niebawem strona znów się aktywuje. Tym razem w okienku wideo widzimy uwiązanego mężczyznę. Ma wycięty na torsie napis KILLWITHME, a do żył podłączone jakieś kroplówki. Jennifer obserwuje sytuację. Jest zaszokowana i bezradna. Licznik odwiedzających stronę zaczyna rosnąć. Z każdymi kolejnymi internautami rośnie także prędkość, z jaką dawka płynu uwalniana jest z kroplówek. Facet zaczyna krwawić. Płyn ten zapobiega krzepnięciu krwi. Z każdego otworu w ciele tego biedaka leje się rzadka posoka. Licznik pnie się w górę jak oszalały. Agenci szybko odgadują, że im więcej ludzi odwiedzi stronkę, tym szybciej ofiara umrze. Gdyby nikt nie kliknął na ENTER , lub osób byłoby mniej, zapewne mężczyzna nie doznałby żadnej krzywdy. Niestety kilkanaście tysięcy odwiedzających przyczyniło się do śmierci niewinnego. Internauci są zmieszani. Nie wiedzą, czy to się dzieje na serio, czy może to jakiś dowcip, zwykły filmik. Swoje oburzenie wyrażają pisząc komentarze w shoutbox. Po widowisku stronka znów zawiesza działalność na jakiś czas. W międzyczasie policja informuje opinię publiczną (wbrew opinii i staraniom Marsh), że to, co ludzie widzieli nie było mistyfikacją. Szef FBI w Portland apeluje o bojkot strony. Podkreśla, że każdy, kto dołącza do obserwujących staje się współwinny morderstwa.

Niestety ludzi to nie rusza,a wręcz apel staje się jakby reklamą KWM, o czym ostrzegała główna bohaterka. Kiedy strona znów startuje liczba odwiedzających szybko sięga setek tysięcy. Internauci, głównie jakaś dzieciarnia, z ciekawości wchodzą, chcą sprawdzić kto tym razem jest głównym aktorem przedstawienia. Traktują stronę jako swego rodzaju kolejny filmik na youtube. Zupełnie nie zważają na to, że przyczyniają się do straszliwego cierpienia ofiary (mechanizmy zabijania są coraz bardziej ‘wyrafinowane’). Komentarze w shoutbox są różne. Od potępiających ten czyn, do zupełnie obojętnych. Są nawet idioci przyklaskujący mordercy, wypisujący teksty w stylu “zdychaj wreszcie!”, “czas umierać matkojebco” i tym podobne.

I tutaj właśnie zacząłem zastanawiać się jakby taka sytuacja wyglądała w rzeczywistości. Czy ludzie faktycznie wchodziliby na stronę, świadomie przyczyniając się do śmierci osoby zupełnie im nieznanej i obojętnej. Nie liczę nieświadomych wyświetleń. Patrząc na popularność jaką cieszą się wszelkie filmiki obrazujące przemoc, tzw. “śmierć na żywo”, samobójstwa, wypadki, strony w stylu ogrish i tym podobne, śmiem twierdzić, że tak by było. W filmie morderca zablokował dostęp do strony dla ludzi mających inne IP niż amerykańskie. Warto zastanowić się jak dalece zaawansowana jest ludzka znieczulica. Nie tylko w sieci, ale i w codziennym życiu. Zawsze olewamy to, co nie dotyczy nas. Gorzej, jak sami znajdziemy się w nieprzyjemnej sytuacji i wtedy nie znajdzie się nikt, kto by pomógł, zainteresował się. Bo po co? Przecież to nie moja sprawa, nie będę się wychylał. Każdy próbuje tylko przeżyć, jak to się mówi, cały i zdrowy… Zatem pytam… jakim kosztem?

Film, który zainspirował tego posta nazywa się Untraceable – Nieuchwytny.

Konichi Wa!

Opublikowany w Mjuzik - autor: mithrill na 15 kwiecień 2008

Coś mnie ostatnio wzięło na japońskie klimaty. J-pop to takie dalekowschodnie disco polo, ale trzeba przyznać, że cholernie wpada w ucho. A gdy do tego dojdzie jeszcze J-rock, to mamy zapewniony udany wieczór przed odtwarzaczem. Oto kilka przykładów (post będzie uzupełniany z czasem):

Aya Matsuura – Zutto Suki De Ii Desu Ka

Asuka Hinoi – Tatta Hitori No Kimi

Dir En Grey – Cage

Dir En Grey – Kodou

X-Japan – X

Był sobie samochód.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 11 kwiecień 2008

Do trzech razy sztuka, jak to się mówi.

Nie ma to jak prawdziwie szokujący dzień. Brat już 2 razy zderzał się z różnymi obiektami. Najpierw był jakiś słupek, później sarna… no ale tym razem nic już nie uratuje naszego staruszka. Spotkanie z drugim samochodem okazało się zabójcze dla Audika. Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało (podobno drugi wóz, van z zakładu pogrzebowego, miał tylko malutkie wgięcie z tyłu). Po pracy poszedłem podlać krzewy, kiedy wszedłem do domu mama akurat odebrała telefon. Po chwili pomyślałem ‘ocho, coś jest nie tak’. Reszta potoczyła się już szybko. O 19 podjechała laweta z Jarkiem i wrakiem “osiemdziesiątki” na pokładzie. Audika rzuciliśmy w ustronny kąt, gdzie będzie spokojnie sobie dogorywał. Jarek cały roztrzęsiony będzie potrzebował nieco więcej czasu aby dojść do siebie. Współczuję…

Poniżej kilka fotek… Zostawię to bez komentarza.

Następna strona »