Mithrill’s Manor


Remont VW Jetta.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 21 maj 2009

Część Pierwsza

Biały VW trafił do nas niecałe dwa lata temu. Był bardzo tani, z pewną wadą w gaźniku, która objawia się sporym spadkiem mocy,  służył ojcu dość dobrze jako środek dojazdu do miejsca pracy. Wszystko było cacy, póki auto nie dostało się w ręce mojego brata – świeżo upieczonego kierowcy. Skutki były łatwe do przewidzenia. Brat wcześniej skasował doszczętnie nasze niezawodne Audi 80, że nie wspomnę o kilku “zaliczonych” sarenkach.

Tylko kwestią czasu było, aż wywinie jakiś numer z VW. I nie trzeba było długo czekać na pierwszą stłuczkę. Kilka rys tu i tam, kilka puknięć i mocne uderzenie w sarnę sprawiło, że z całkiem przyzwoitego samochodziku zrobił się jeżdżący grat. Oczywiście grat ów przeszedł niedawno w moje posiadanie. Brat niestety nie jest człowiekiem lubiącym sprzątać, więc można sobie wyobrazić jak wyglądało wnętrze pojazdu. Po ładnych kilku godzinach czyszczenia udało mi się jednak przywrócić dawną świetność tapicerce i plastikom. VW w środku jest świetny. Wszystko jest zadbane, czyste i jak na swój wiek naprawdę zadziwia. Gorzej z wyglądem zewnętrznym. Szczególnie po tym, jak lewy przód zaliczył bliskie spotkanie z bokiem sarny. Swoją drogą to musiał być jakiś wielki jeleń skoro wyrządził aż takie szkody (lub brat jechał ze znacznie większą prędkością, niż później powiedział :P ). Urwany reflektor, zgięty błotnik, pozrywane zaczepy zderzaka… wszystko trzyma się powiązane drucikami…

No spoko, mogę tym czymś dojeżdżać do pracy, w końcu za jakiś czas uskładam kasę i kupię coś lepszego, prawda? No cóż… nie do końca. Moje wymarzone autko trochę jednak kosztuje i będę potrzebował większej gotówki – czyli dłużej zbieramy kasę. No dobrze, ale co zrobić z tym rozpadającym się powoli złomem Jettą? Pomyślałem, że nie opłaca się wkładać pieniędzy w coś, co jest warte ok. 1,5k zł. Wszelkie rysy i wgniecenia szybko stały się ogniskiem korozji i pewnego dnia po prostu nie wytrzymałem! Chyba jednak trzeba będzie coś z tym zrobić, zwłaszcza, że jeszcze się tym autkiem trochę “pobujam”.

Szczęśliwym trafem, niedaleko mnie mieszka sobie pewien pan, który przywlókł z Niemiec podobny samochód z przeznaczeniem na części. Zbieg okoliczności sprawił, że dowiedział się o tym mój ojciec. Okazało się, że ów pan nie będzie korzystał ze swojego egzemplarza i chce go oddać na złom. HA! “Momencik proszę pana!”, przecież mi się co nieco przyda! Łap pan flaszkę wódki i zabieramy pańską Jettę Coupe. Poszło jak po maśle.

Coupe stało w garażu 3 lata. Mimo to odpala na dotyk. Chodzi bajecznie, a co najważniejsze – blachy są w idealnym stanie! Jest co wymieniać :) . Plan jest następujący. Zaczynamy od silnika – przekładamy gaźnik, czyścimy wszystko, zakładamy nowe uszczelki, wymieniamy uszkodzone instalacje i wszystkie płyny. Autko powinno być jak nowe. Powróci dynamika i przyspieszenie. Już nie mogę się doczekać. Później bierzemy się za efekt zaliczenia sarny – odkręcamy przód (zderzak, błotnik, reflektory, grill) i zastępujemy przodem z Coupe. Dalej uzupełniamy braki w listwach i zmieniamy całą przednią maskę. Później wyprawa na tył samochodu i zmiana zderzaka i klapy oraz wnętrza bagażnika. Następnie zajmujemy się ogniskami rdzy – szlifowanie, podkładzik i biała farba. Jeżeli lakier nie będzie kosmicznie drogi, to może całość maźniemy na biało… I to wszystko za jedną flaszkę wódki (nie licząc naszej robocizny). Mamy nieco ponad tydzień więc… do roboty!

Może to faktycznie stary złom, ale jeszcze nim trochę pojeżdżę, a może nawet znajdzie się jeszcze jeden młody kierowca, który będzie się szkolił na tym VW. A co zostanie z Coupe, oddamy za flaszkę wody ognistej znajomemu kupcowi – właścicielowi sklepu z częściami :)

Jetta Coupe 2
Jetta Coupe, nawet nie wiedziałem, że taka wersja nadwozia tego samochodu istnieje.

Tak, zgadzam się… auto nie robi powalającego wrażenia (chociaż na żywo wygląda ciekawie), ale jeździ jak ideał. Dla początkującego, żółtodzioba jak ja, jest idealne!

Będę zdawał relacje z postępu prac, czyli…

C.D.N.

Część Druga

Sobota. Od rana ślęczę przy Jettach. Zrobiłem błysk w bagażniku mojego sedana. Pozamieniałem okładziny itd. Około 12 przyłączył się mój tato. Udało się wymontować i zamienić gaźniki. Okazało się jednak, że uszczelka pod “klawiaturką” jest zużyta (to delikatne określenie). Oczywiście w żadnym sklepie o tej porze uszczelki nie dostaliśmy, dlatego całkowity montaż silnika został odłożony do poniedziałku. Wymyliśmy komorę z całego tego syfu, zmyliśmy olej z silnika i teraz auto schnie. Po złożeniu silnika do kupy w poniedziałek robimy jazdę próbną. Jak wszystko będzie ok, wóz wędruje do warsztatu na wymianę całego przodu.

Jak na razie efektem naszej pracy są niemal niemożliwe do umycia ręce. Całe zapaćkane smarami i olejem. Pasta BHP pomaga… polecam :)

006

005
Jak się odnaleźć w tej całej plątaninie? :D

C.D.N.

Część Trzecia

No ok, troszkę nam się plany pozmieniały… ale już jest dobrze. Po kilku małych problemach, metodą prób i błędów doszliśmy w końcu do tego, co jest nie tak w gaźniku i usunęliśmy usterkę za pomocą części z Coupe. Auto odżyło. Jest bardziej żwawe i w końcu przyzwoicie przyśpiesza. Teraz czas na zmianę tylnego zawieszenia. Pobawimy się tym jutro. Później pozostanie już tylko kosmetyka wnętrza, wymiana kilku niesprawnych elementów (prawe lusterko)… Kto wie, może nawet pokuszę się o doprowadzenie do porządku kwestii lakierniczo/blacharskich? Szczególnie, że zachęciły mnie obrazki znalezione w sieci. To stare autko można całkiem konkretnie “przerobić”. Ma franca tuningowy potencjał. Niektóre egzemplarze są na serio OK!

scotts-88jetta-3scotts-88jetta-4

berend_mk2_jetta_2berend-mk2jetta-3

C.D.N.

Część Czwarta

Wiem, dokładnie wiem co myślicie. Remont miał się zakończyć na początku czerwca, a tutaj mamy już koniec lipca, a efektów nie widać. Winę za to ponosi totalny brak czasu i sił na dłubanie przy samochodzie. Ale… znalazłem lukę w harmonogramie dwa dni temu i w połowie dnia, z nudów, zabrałem się do rozkręcania Coupe’ka. Pomysł szalony, sam się zdziwiłem kiedy drgnęły pierwsze śruby. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po uzyskaniu potrzebnych części zerknąłem na zegarek i zobaczyłem, że od początku pracy minęły zaledwie dwie godzinki! :P Przypomnę, że nigdy wcześniej nie robiłem takich rzeczy. Jednak zawsze miałem smykałkę do majsterkowania, więc w sumie nie było większego problemu. W końcu toi tylko kilkadziesiąt skrzętnie ukrytych śrub, które trzeba zlokalizować, w razie potrzeby zedrzeć centymetrową warstwę ochronnego kauczuku i zapamiętać gdzie co było i jaką śrubką się to mocuje :D .

Kiedy skończyłem byłem czarny jak Bambo, spalony przez słońce a dokoła walała się masa narzędzi. Obok leżała góra śrub, nakrętek, podkładek i tym podobnych drobiazgów. Jednak byłem zadowolony, gdyż udało mi się wszystko zdemontować nie uszkadzając ani jednej części. Tak wyglądała Coupe, kiedy z nią skończyłem:

Spoczywaj w Pokoju

Spoczywaj w Pokoju

Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, zabrałem się za mojego sedana. Teraz, kiedy wiedziałem gdzie co jest i jak się do czego dostać, poszło dwa razy szybciej. Tutaj jednak potrzebowałem pomocy ojca, ponieważ moja Jetta była uderzona i sporo zagiętych blach trzeba było najpierw prostować etc. Mniejsza z tym. Po pewnym czasie byliśmy gotowi do przykręcania części zamiennych. Stare nadawały się już tylko na złom. Zacząłem od błotnika, później przód auta z reflektorami i na końcu zderzak, który oczywiście dostarczył nam kolejnych kłopotów i kombinowania z dopasowaniem. Na samym końcu uroczyście zamocowałem nowy grill i samochód był gotowy do przejażdżki próbnej. Wszystko wyszło wspaniale. Wreszcie VW doczekał się prostego, wolnego od korozji ciałka :) . Kiedy już mam gotową bazę, zajmę się wymianą kilku szczególików. Na pewno założę inne kierunkowskazy, białe. Trzeba ustawić reflektory i być może zamontować xenony. W niedalekiej przyszłości czeka mnie jeszcze wymiana drzwi, może założymy alufelgi? Póki co nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się z “drugiej młodości” mojej Jetty. Całkowity koszt zabiegu – butelka wódki 0,7L za niecałe 50 zł oraz ok. 6 godzin pracy. Chyba się opłaciło!

Jetta Sedan

KONIEC

Osobiście w Kopicach.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 20 kwiecień 2009

Skoro prawko mam już w dłoni od jakiegoś czasu, to postanowiłem odwiedzić z Sylwią pałac w Kopicach. Pooglądać, sprawdzić jak wygląda sytuacja, zrobić jakieś foty. W sobotę rano wsiadłem do bryczki i udaliśmy się w stronę Opola.

Pomimo tego, że moja rodzina mieszka całkiem niedaleko wioski z Pałacem na Wodzie, to nie zaglądałem w okolice ruin od ładnych 6 lat. Podróż przebiegała bez żadnych problemów i po około 1,5 godzinnej jeździe moim oczom ukazał się straszny widok. Nie myślałem, że owa piaskownia, która stanęła na drodze do wyremontowania “Perły Opolszczyzny”, znajduje się tak blisko głównej trasy. Jest po prostu umiejscowiona przy jezdni. Widać, że to dopiero początek wydobycia, ale już teren, jaki zajmuje kopalnia jest spory. A przecież to dopiero mały ułamek z 60 ha, które ostatecznie “zarekwiruje” ta inwestycja. Póki co, odległość kopalni od pałacu jest spora i w żadnym wypadku nie może przeszkadzać w pracach remontowych. Nie wydaje mi się również, że mogłaby zaszkodzić pałacowym stawom. Ale ten stan rzeczy zapewne zmieni się, kiedy działalność Hedaru pójdzie dalej w stronę majaczącej w oddali, nad wierzchołkami drzew, najwyższej wieży pałacu.

Kopice. Kopalnia piasku.

Kopice. Kopalnia piasku.

Przejechaliśmy przez całą miejscowość i zaparkowałem samochód przed pozostałościami urokliwej bramy. Kiedyś musiało tu być przepięknie. Niemal ujrzałem dworskie panny przejeżdżające pod ową bramą w karecie. Teraz wszystko jest zarośnięte i zaniedbane, a konstrukcja bramy ledwo trzyma się kupy.

Brama

Brama

Idąc dalej starymi alejami, dochodzimy w końcu do skrzyżowania dróg okalających słynne stawy. Wybieram drogę prowadzącą w lewo – do samego pałacu. Mijamy nieco nowsze zabudowania gospodarcze, a po prawej stronie widać już wodę. Na środku zalewu dwie idealne wysepki. Dookoła nas stare, nienaturalnie wysokie drzewa. Ptaki ćwierkają, słychać rozmowy okolicznych mieszkańców. Całkiem konkretny klimat.

obraz-560

Wyspa na pałacowym stawie.

Po pewnym czasie marszu zauważam między gałęziami drzew jedną z wież pałacu. Widok imponujący. Stara, zniszczona, a jednocześnie wciąż piękna baszta robi gigantyczne wrażenie. Kilkanaście metrów dalej dotarliśmy przed oblicze wielkiej, niebieskiej bramy, którą ustawiły ekipy remontowe. Brama stoi tuż przed mostkiem prowadzącym do pałacu. Więc ze zwiedzania ruin trzeba zrezygnować. Pooglądaliśmy nieco to cudeńko z odległości… ale zapewniam, że to i tak spore doświadczenie. Wizualnie obiekt jest w tragicznym stanie. Ale mimo to zachwyca. Oczami wyobraźni można dostrzec jak przepiękny był to niegdyś budynek. Całość utrzymana jest w bajkowym klimacie. Takiego cacka nie powstydziłby się sam Disney. Na szczęście nie ma tutaj przesadnego kiczu. Szkoda tylko, że drzewa tak obrosły brzegi stawów, że nie było możliwe zrobienie zdjęcia bez jakiejś zielonej korony, czy gałęzi zasłaniającej budowlę.

obraz-564

Wieża pałacu.

Pałac widziany zza bramy.

Pałac widziany zza bramy.

Pałac od frontu.

Pałac od frontu.

Pozostałości po licznych rzeźbach zdobiących gmach - bezgłowy rycerz oraz krasnolud.

Pozostałości po licznych rzeźbach zdobiących gmach - bezgłowy rycerz oraz krasnolud.

Aleja prowadząca do frontowego wejścia.

Aleja prowadząca do frontowego wejścia.

Po tej wyprawie jeszcze mocniej trzymam kciuki za Zarmen i ich plan odbudowy pałacu. Ta perła nie może popaść w ruinę i zapomnienie! Nie kosztem drugorzędnej kopalni piasku!

Licencja.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 4 kwiecień 2009

Spodziewałem się, że będzie gorzej…

Po wszystkich opowieściach znajomych i innych osób, które egzamin na prawo jazdy mają już za sobą myślałem, że będę się “mordował” kilka ładnych razy, zanim uda mi się zdobyć licencję.

3.03.

Pierwsze podejście było czymś w rodzaju testu jak to wszystko wygląda. Od rana miałem jazdy z instruktorem (6 godzin) i zdążyły mnie one nieco zmęczyć zanim nadeszła godzina zero. Do samego egzaminu podszedłem raczej na luzie.  Spokojnie zaliczyłem “światełka i placyk”, ale schody zaczęły się na mieście.  Samochód, który mi się trafił nie należał do maszyn, które od razu człowiekowi przypadają do gustu. Nie potrafiłem wyczuć auta, co bardzo mnie irytowało podczas jazdy. W końcu w najważniejszym momencie wóz zgasł i było po zawodach. Nie miałem żalu do nikogo, bo był to mój ewidentny błąd. A zdarzył się on w takim miejscu, że spowodowałem “zagrożenie w ruchu drogowym” i niestety poniosłem tego konsekwencje. No cóż, nie spodziewałem się, że zdam za pierwszym razem, ale bogatszy w nowe doświadczenia śmiało ustaliłem kolejny termin na pierwszego kwietnia. Tak, słynny dzień żartów, kpin i wygłupów. Idealny dzień na ważny egzamin :P .

1.04.

Z instruktorem pojeździłem jedynie 3 godzinki. Nie byłem zmęczony, jedynie czekanie na swoją kolej nieco mnie “usypiało”. Stawić się miałem o 14, a o 15:20 wyczytano moje imię i nazwisko (oczywiście z błędem). Tym razem padło na stanowisko nr 1, czyli na dole budynku z placykami. Tam przywitał mnie starszy, siwowłosy pan egzaminator i rozpoczęliśmy całą procedurę. Wszelki stres odszedł w niebyt. Dostałem Forda Fiestę, autko, które świetnie się prowadzi i na którym trudno jest coś schrzanić. Wszystko poszło gładko, a kiedy zaliczyłem test z górką wiedziałem już, że będzie dobrze. Przed ową górkę podjeżdża egzaminator, przesiada się na miejsce pasażera i wtedy działamy my. I to był jeden z wielu momentów, w których siwowłosy pan próbował mnie oblać. Na szczęście zauważyłem co kombinuje. Mianowicie stanął blisko małego murku i skręcił koła w jego stronę. Gdybym nie zwrócił uwagi, to podczas ruszania wjechałbym prosto na ścianę i siedzący obok gość musiałby interweniować (co skończyło by się moim oblaniem egzaminu). Wyprostowałem koła i ruszyłem, a kontem oka zauważyłem delikatny uśmieszek na ustach “Siwka”. Pomyślałem sobie, że będę musiał uważać na każdy manewr, każdego przechodnia próbującego wejść na jezdnię, muszę jechać ostrożnie, powoli i unikać groźnych sytuacji.  Pan egzaminator był bardzo poważny, ale na swój sposób przyjemny i raczej nie stresował mnie swoją obecnością na fotelu pasażera. Po prostu zacząłem robić swoje i mało zwracałem na niego uwagę :) . Docierały do mnie tylko jego polecenia… jakby jazda z włączoną nawigacją satelitarną – “Na następnym skrzyżowaniu pojedziemy w lewo, jeżeli można, to proszę zawrócić, a na kolejnych światłach  w prawo” …i takie tam polecenia.

Około godziny 15:35 ruszyliśmy na miasto. Ruch potworny. Godziny szczytu niedawno się rozpoczęły. A to jedynie działało na moją korzyść – zero pośpiechu, 40 km/h, a czas nam leci! Pan egzaminator raz po raz próbował swoich sztuczek na trudnych manewrach, parkowaniach, przejazdach czy przejściach dla pieszych ale, cholera, no nie dałem mu się podejść! I jestem z tego bardzo dumny :) Widząc, że niewiele wskóra postanowił chyba, że da mi spokój i opuścimy zatłoczone ulice Opola. Kiedy jechaliśmy do Ośrodka pomyślałem, że to pewnie na końcu tego egzaminu polegnę. Zrobiło mi się nieco gorąco, ale nadal pozostawałem skupiony. Skoncentrowałem się do takiego stopnia, że kiedy już emocje opadły, to rozpoczął się spory ból głowy (ale podobno to często się zdarza). W ustach miałem kompletnie sucho, a kiedy zaparkowałem na placu przed WORD’em i usłyszałem: “No cóż… mamy dzisiaj Prima Aprilis, ale to nie jest żaden żart -  zdał pan!”, kamień spadł mi z serca. Nie mogłem uwierzyć, że jest już po wszystkim. Skończyłem przed upływem 40 minut!

Teraz wystarczy poczekać około 2 tygodni, a wtedy okaże się, czy starszy pan z siwą czupryną nie wywinął mi ‘pierwszokwietniowego’ żartu :P

Figurka Yoshimitsu.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 23 styczeń 2009

2333206610_70888c5148_b

Wszelkie wyjaśnienia są zbędne. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi :)

Zimowe Widoczki.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 7 styczeń 2009

Zima ostro dała się we znaki. Dziś bardzo wczesnym rankiem, przed pracą, spojrzałem na termometr i całkiem solidnie się zdziwiłem. Słupek rtęci spadł 25 kresek poniżej zera. Było straszliwie zimno i w takie dni cieszę się, że nie pracuję “w terenie” :)

Po powrocie, około godziny 15 trafiłem na piękne słońce za pozostałościami sąsiadującego z nami starego parku. Robotnicy, którzy kopali na sąsiedniej łące wycięli zdecydowaną większość drzew, które rosły w parku, osłaniając naszą posesję przed dość silnymi powiewami wiatru. Jednak efekt prześwitującego między gałęziami starych, powyginanych drzew słońca, jest po prostu olśniewający!

Wyjąłem aparat i pstryknąłem kilka fotek. Wyglądają całkiem nieźle… Dwie trochę obrobiłem z ciekawości jak wyjdą.

Mam nadzieję, że temperatura nie będzie już niższa, bo -25 stopni, to jednak lekka przesada.

zimowe-widoczki-041

zimowe-widoczki-051

zimowe-widoczki-011

zimowe-widoczki-021

Kolejny rok za nami.

Opublikowany w Pamiętnik - autor: mithrill na 31 grudzień 2008

I oto nadszedł ostatni dzień 2008 roku. Jeszcze kilka godzin i wystrzelą pierwsze korki od szampanów, hucznie rozpoczniemy kolejny rok  XXI wieku. Rany, jak to szybko zleciało! Lata lecą jak miesiące, miesiące jak dni, a dni… wolę nie myśleć. Mimo tego, że wcale nie czuję się starszy, to jednak dostrzegam zmiany zachodzące w otoczeniu. Nic nie przypomina w chwili obecnej tego, co było standardem na początku 1999 roku. 10 lat temu do kin trafił Matrix, który nieźle namieszał nam wtedy w głowach. Pamiętam jak z Dymciusiem codziennie toczyliśmy swego rodzaju “pojedynek”, polegający na tym kto więcej razy obejrzy przełomowy film braci Wachowskich. Przypominało to zabawę elfa Legolasa i krasnoluda Gimliego z Władcy Pierścieni.

-Wczoraj obejrzałem 3 razy!

-A ja 4 i pół!

Dzieciarnia :)

Pamiętam jak w tym samym roku dorwałem w swoje łapska pewną grę, która poniekąd ukształtowała mój gust i do tej pory jest moim ulubionym tytułem. Oczywiście chodzi o Silent Hill. Pamiętam wakacje w Gutyniu i długie rozmowy pod blokiem. Pamiętam doskonale zakończenie nauki w LO i jak porozchodziły się życiowe drogi każdego z nas. Pamiętam pierwsze dni na uczelni, bycie “Świeżakiem” nie należy do najfajniejszych przeżyć, ale już po krótkim czasie zaczęło się “prawdziwe studiowanie”. Pamiętam mojego kumpla z pokoju, Sebka, i nasze wspólne wariacje razem z Anią i Honią. To były genialne czasy. Nasze imprezki z Blaszką i Osamą, zakręconego Elementa, wypady do “Maca” i na “obserwację towaru”. Pamiętam nasze wycieczki (Szczyrk, Sczawnica) w Beskidy i Pieniny, wspinaczkę na Trzy Korony (widok z platformy na Okraglicy jest po prostu IMPONUJĄCY), Skrzyczne, Klimczoka (śnieg na górze w środku bardzo ciepłej wiosny nieco nas zaskoczył). Później obrona pracy i powtórka z końca LO. Każdy poszedł swoją drogą. Pamiętam jak dołączyłem do załogi “Robala”  i jak powiedziałem Sylwii po raz pierwszy słynne “dzień dobry”.

Ostatnie 10 lat to okres największych zmian w moim życiu. Były to chyba najważniejsze lata, bo teraz będzie już tylko z górki… aż do końca.

Ubiegły rok także należał do udanych, ale nawał pracy, jaki przyniósł, nie pozwalał  skupić się na rzeczach bardziej przyjemnych. Było kilka wypadów (np. Lato Kwiatów i Międzygórze), ale także nie udało się zrealizować wyjazdu do Zakopanego i Krakowa. Są za to plany na kolejny urlop – Grecja lub Włochy, strzeżcie się, bo nadchodzimy! :)

Było mnóstwo cudownych chwil i mam nadzieję, że nadchodzący rok będzie jeszcze lepszy… czego wszystkim Wam i sobie życzę.

Następna strona »