Czas urlopu.

Zadziwiający i wręcz niemożliwy jest sposób w jaki mijają człowiekowi wolne od pracy dni. Kiedy zaplanowałem sobie urlop i nadszedł ostatni tydzień roboty, czas dłużył się niemiłosiernie. Tydzień wydawał się być miesiącem. Wcześniej dni leciały jak wściekłe, ale ostatnie godziny były zdecydowaną przesadą. Kiedy człowiek na coś czeka z niecierpliwością, czas zdaje się specjalnie - jak na złość, zwalniać, wręcz stawać w miejscu (patrząc na zegarek wydaje się, że wskazówka ciągle stoi na ‘13:50′).

Natomiast kiedy nadszedł ‘freizeit’ dni zapierniczają jak wściekłe! I za żadne skarby nie da się tego chociaż troszkę spowolnić. Ani się obejrzę, a już minie tydzień i znów trzeba będzie wyruszyć do roboty. Dopiero co cieszyłem się rozpoczęciem wolnego, a już minęły 4 dni. Koszmar.

Pradawne  polskie przysłowie mówi, że ‘wszystko co dobre szybko się kończy’ ( :P ). Na tej podstawie można wywnioskować, że jeżeli chcemy dłużej nacieszyć się urlopem, musimy zagwarantować sobie same złe doznania :) . Wtedy czas będzie nam płynął powoli. Nie mam wyjścia. Od dziś zaczynam sobie uprzykrzać żywot. Nie może być tak, że cały miesiąc czekam na urlop, a kiedy ów okres nadchodzi i ledwo się rozpocznie, już trzeba się z nim żegnać. DOŚĆ! Zero ‘umilaczy’ czasu.

Oczywiście żartować można, ale prawda jest taka, że nic nie zatrzyma biegnącego szaleńczym tempem czasu. Szczególnie, że wszyscy oczekują iż na urlopie będzie się pomagało w pracach domowych. Coś mi się nie wydaje, że taki stan rzeczy szybko ulegnie zmianie. Do zrobienia jest jeszcze masa rzeczy… a jak wszyscy wiedzą - przy prac czas szybciej ucieka :) . No cóż, pozostaje żyć nadzieją, że jakoś się wytrzyma do następnego urlopu. Tym razem wezmę 2 tygodnie!

Niechaj żyje rewolucja!

+ Recenzja +

Mieliście kiedyś takie wrażenie, że wszystko już słyszeliście, nic nie może Was zaskoczyć ani wywołać uśmiechu na twarzy? Że dziś już nie powstają projekty jak te, które obecnie uważane są za kult? Do niedawna też miałem takie odczucia. Potęgowane były one kolejnymi nieudanymi albumami, które wydawały znane i lubiane kapele. Jako miłośnik melodeathu byłem zrozpaczony kiedy usłyszałem nowe krążki In Flames, czy Children of Bodom. Monotonne, nudne, próbujące udawać nową jakość, a właściwie bez polotu i duszy. Jakby zrobione na “odwal się”. Uzasadniona była zatem moja obawa, że nowy album mojego ulubionego Kalmah’a będzie także czymś miernym. Nieco uspokoiła mnie premiera tytułowego kawałka na myspace. Piosenka okazała się dobra, w charakterystycznym, kalmahowym klimacie. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni i z tą świadomością niepewnie patrzyłem w przyszłość. Czy nowa płyta okaże się tytułową rewolucją? Przekonajmy się.

Kiedy po tygodniach oczekiwań nowy materiał wpadł wreszcie w moje łapska, z drżeniem rąk uruchamiałem odtwarzacz. Pierwsze dźwięki były znajome. Tak, to utwór dobrze mi znany z myspace. Świetne otwarcie, mocne, melodyjne. For the Revolution swoim charakterem przypomina starsze dokonania zespołu i jednocześnie stanowi zapowiedź tego, co usłyszymy w przeciągu następnych kilkudziesięciu minut. Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki drugiego kawałka, człowiek może odnieść wrażenie, że koszmar się niestety spełnił. Ale wtem wchodzą klawisze i szczena opada do ziemi. To jest nowy Kalmah! Folkowy styl wprawia w osłupienie, ale nie może nie przypaść do gustu. Świetny Dead Man’s Shadow pędzi do przodu niczym rumak. Teraz już wiemy, że nowa płyta w niczym nie będzie przypominać poprzedniego albumu, The Black Waltz. Wokal uległ drobnej zmianie. Teraz Pekka połączył dwa style growlu - znany z dawnych lat i nowy, niższy. Brzmi to świetnie. Osobiście od dawna marzyłem żeby tak to właśnie wyglądało i moje modlitwy z last.fm zostały wysłuchane.
Dalej na płycie jest jeszcze lepiej. Kolejne utwory bombardują świetnymi riffami i zaciętym charakterem. Holy Symphony of War, Towards the Sky czy Outremer to prawdziwa uczta dla ucha. Solówki porażają swoją soczystością i pieczołowitością wykonania. Jednocześnie wydają się być bardzo lekkie, grane z przyjemnością. I w tym momencie nadchodzi mój ulubiony kawałek na płycie - Wings of Blackening. Totalny szok! Utwór ten kładzie całe nowe wydawnictwa od In Flames i CoB razem wzięte na maksymalne łopatki. Zauważalna jest złożoność kompozycji, mamy jakby 3 piosenki w jednej, całkowicie różne style i genialna solówka zmiatająca czapki z głów. Oj tak, chłopaki z Kalmah włożyli w nowy longplay wiele miłości. Mamy także jedną balladkę, która stoi na bardzo wysokim poziomie i nieco uspokaja szalone tempo albumu. Stanowi dobry kontrast dla reszty materiału.

Podsumowując, For the Revolution to najlepsza płyta melodeath’owa tego roku (jak dotąd). Na pewno jest to jedna z lepszych produkcji fińskiego Kalmaha i absolutny “must-have” dla fanów zespołu i gatunku. Album dostarcza mnóstwo frajdy, jest utrzymany w ‘oldschoolowym’ klimacie, ale jednocześnie jego maksymalne dopracowanie sprawia wrażenie materiału idealnego i czegoś zupełnie świeżego. Niektórzy mogą się przyczepić, że jest za dużo klawiszy, ale Kalmah zdążył nas już do tego przyzwyczaić. Jedyną wadą płyty jest jej długość. Chciało by się żeby materiał trwał kilkanaście minut dłużej, niestety kończy się zaledwie po 44 minutach. Standard? W tym wypadku strasznie bolesny :). Nie pozostaje mi nic innego jak polecić każdemu FTR, gdyż pieniądze wydane na zakup CD na pewno nie będą stracone!

___

PS. Opinia wyrażona w tym temacie jest tylko i wyłącznie moim odczuciem. Nie zgadzasz się? Ja z Tobą też nie muszę, ale zawsze można podyskutować :)

PS.2. Teraz czekam na nowe Equilibrium!

Piątkowy Spacer

Już we wtorek obmyśliliśmy z Sylwikiem plan na piątek. Mała wędrówka, kilka kilometrów na południe od mojego domu. W przeciwieństwie do wspomnień Drzewca z Władcy Pierścieni, któremu wędrówka na południe kojarzyła się ze schodzeniem ze zbocza pagórka, my krocząc na południe mieliśmy ciągle POD górkę. Dzień był piękny, postanowiłem więc zabrać aparat. Powiem szczerze, że dawno już nie odbyłem takiej wędrówki. Za młodu (haha!) spokojnie trzaskało się kolejne kilometry, ale po tak długiej przerwie był to nie lada wysiłek… pomyślałem wtedy o Wonsie, który pewnie dostanie niezły wycisk podczas drylu wojskowego. Biedny… :)

Zjedliśmy podwieczorek, chwyciłem za butelkę mineralnej i ruszyliśmy. Po wyjściu z domu uderzył mnie cudowny zapach kwitnącego kasztanowca. Nie myślałem, że drzewo to potrafi wydzielać tak przyjemną woń. Bzy przy tym to mały pikuś. Później po drodze natykaliśmy się jeszcze na kila bogatych sadów, w których kwitnące drzewa owocowe po prostu bombardowały nas pięknymi zapachami. Kolejny raz pomyślałem sobie, że musiałem wyprowadzić się na wieś, ażeby doświadczyć tak błahych, lecz ujmujących rzeczy, jak zapach kwitnących jabłoni czy rzepaku. W mieście jakoś mnie to omijało, chociaż drzew owocowych, np. na naszych miejskich działkach, nie brakuje. Jednak na wsi jest ich wszędzie od groma, a zapach nie ucieka razem z wiatrem. Utrzymuje się w miejscu i pozwala się “zauważyć”.

(W tle widać pozostałości po rozebranej stodole. Czekają w kolejce do pocięcia i spalenia. Opału mamy chyba na kilka zim :) )

To był świetny pomysł z tym spacerem. Pamiętam, że zawsze po porządnym dotlenieniu spałem w nocy jak niemowlę. Nie inaczej będzie zapewne i tym razem. Już czuję, że odpływam :). Za cel naszej wędrówki obraliśmy sobie pewną kapliczkę, stojącą na górce za Szemrowicami. Jakieś 4 do 5 km od domu. Mijając szemrowicką szkołę już widzieliśmy wznoszący się na odległym pagórku niewielki budynek otoczony drzewami. Widok dość intrygujący - jakby na środku szczerego pola znajdowało się coś ważnego…

Na zdjęciu wydaje się całkiem blisko, ale szosa, która tam prowadzi wiedzie szerokim łukiem omijającym wszystkie pola. 1/4 trasy mieliśmy już za sobą.

Po drodze mijaliśmy piękne ogrody przydomowe. Przyznam, że jestem pod wrażeniem wyglądu obejść. Wszystko wypucowane, trawka przystrzyżona… ludzie coraz bardziej dbają o swoje otoczenie. Zdziwił mnie fakt, że praktycznie każda opuszczona rudera, która jeszcze przed zimą straszyła zawalonym dachem lub sypiącą się ścianą została kupiona i trwają ich remonty. Ludzie musieli sporo zarobić na pracach w Holandii, Niemczech itp. Nie ukrywam, że jest to wieli pozytyw. Okolica bardzo wyładniała. Jednym z lepszych widoków były kolorowe szyby w kościele szemrowickim, przez które przebijało się światło tworząc mały koncert barw. Budynek o bardzo nowoczesnym charakterze, zaprojektowany przez samego prof. Wiktora Zina, znanego polskiego architekta, rysownika i gawędziarza, który prowadził w telewizji popularny program Piórkiem i Węglem. Więcej zdjęć kościoła zamieszczę na końcu tego posta.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Kiedy byliśmy już niemal na górze zaskoczył nas rozciągający się po lewej stronie widok. Jak na dłoni mieliśmy cały Gutyń. Miasteczko wydawało się bardzo malutkie i jakby zupełnie wyludnione. Chwilę staliśmy w milczeniu i obserwowaliśmy krajobraz. Panowała cisza, nie było słychać żadnego zgiełku, czy samochodów. Jedynie świergot ptaków i szum wiatru. Można było poczuć się jak Guliwer w krainie liliputów. Miałem wrażenie, że cała miejscowość zmieściła by się w mojej garści.

W takich chwilach żałuję, że nie kupiłem jeszcze statywu. Ręka strasznie mi się trzęsła na wietrze, stąd brak ostrości :) … przepraszam za słabą jakość fotek. Cieszę się jednak, że widoczne na zdjęciu są promienie słońca przebijającego się zza chmur, tzw. języki Boga. Trzeba się dobrze przyjrzeć, ale na żywo widok był oczywiście znacznie lepszy. Przy kapliczce porobiliśmy kilka zdjęć (nie będę zamieszczał wszystkich, gdyż sam budynek nie jest bardzo interesujący), usiedliśmy na gęstej trawie, w cieniu… porozmawialiśmy o okolicy, o widokach. Odpoczęliśmy i wypiliśmy pół butelki mineralnego Żywca. Patrzyliśmy na kościół w Szemrowicach, który z tego miejsca robi wielkie wrażenie. Wygląda niczym arka dryfująca wśród drzew, ponad dachami domów. Oj… jest na co popatrzeć!

Postanowiliśmy zatem, że wracając wybierzemy drogę biegnącą u stóp wzniesienia, na którym wybudowano kościół. Oznaczało to nadrobienie kilkuset metrów, ale co tam… było warto, chociażby dla tego zdjęcia:

Słońce świeciło tak mocno, że nawet zmniejszenie przysłony wiele nie dało. Nie mam dziś czasu na zabawę ‘fotoszopem’.

Po powrocie nogi bolały nas okrutnie. Zjedliśmy kolację i rozpoczęliśmy rytualną, długą rozmowę na milion tematów :) Od nadmiaru świeżego powietrza do tej pory huczy mi w głowie. Świetny, udany dzień!

PS. Obiecałem Sylwikowi, że zamieszczę jakieś jej zdjęcie z dzisiejszej wyprawy… no to proszę!

Jaśminowiec - update.

Tylko popatrzcie jak to drzewo cudownie wygląda! Szkoda, że rośnie na takim uboczu i jest raczej mało widoczne… (klikamy obraz żeby powiększyć).

Bardzo ładnie prezentuje się nasz kasztanowiec. Gdyby nie jego cień, marnie znosilibyśmy letni żar. Ktoś, kto go posadził miał łeb na karku i wybrał idealne miejsce.

Wiosna, część 3.

Uwielbiam obserwować budzącą się do życia przyrodę. Po długim, zimowym śnie przyszedł czas na intensywny rozkwit. W mgnieniu oka wybuchła bomba kolorów i zapachów. Zabiegani i zajęci codziennością, łatwo możemy przegapić ten moment. Przeżywszy zaledwie (a może już?) ćwierć wieku, zdałem sobie sprawę z tego, że życie to nie pościg za mamoną i statusem społecznym. Życie to nauka, obserwacja i celebracja otaczającego nas piękna. Nie chcę brać udziału w wyścigu szczurów, zbyt wiele się przez to traci. Zastanówcie się kiedy ostatnio leżeliście na chłodnej trawie? Otoczeni zielenią i zapachami kwitnących drzew wsłuchiwaliście się w piękny śpiew ptaków (dopiero tutaj, w Warku usłyszałem coś więcej od ćwierkania gutyńskich wróbli), obserwowaliście jak słońce powoli chowa się za czubkami drzew, a niebo pieści oczy paletą milionów barw od jasnoniebieskiego, po głęboką czerwień i biel chmur. Wszystkie zmysły są bombardowane setkami bodźców. Zapach jest tak intensywny i słodki, że po zamknięciu oczu odpływamy natychmiastowo ku marzeniom. Wiosenny wiatr gładzi czoło, wplątuje się we włosy, szepcze historie o jakich nam się nie śniło - “gdzie to on nie był, czego nie widział…”. Coś niesamowitego!

Proponuję czasami przystanąć… chociaż na małą chwilkę. Spojrzeć w niebo, rozejrzeć się dookoła. Zastanowić się “dokąd zmierzam?” i czy nie tracę zbyt wiele, pochłonięty liczeniem pieniędzy z kolejnych kontraktów, które zdobywam, brnąc do celu nawet “po trupach”? W końcu pewnego dnia oprzytomniejesz i kiedy nadejdzie jesień życia zdasz sobie sprawę z tego, że zmarnowałeś swój czas. Przeleciał Ci przez palce i nic już nie jesteś w stanie z tym zrobić. Zwolnijcie troszkę…

____

Tak moi mili, proces rozkwitu już się zaczął. Trwa od ładnych parunastu dni. Ale dopiero niedawno pąki zamieniły się w kwiaty. Chodząc po okolicy z aparatem nie mogłem nie pokazać Wam paru dowodów na to, że wiosna już tu jest i ma się dobrze. Kto przegapił ten moment, ten ciapa :)

Na początek rododendron, którego uratowałem przed niechybną śmiercią w cieniu świerka. Zmarniał nam srogo, ale po przeniesieniu w nowe miejsce szybko wraca do zdrowia. Kto czytał poprzednie wpisy o wiośnie wie o co kaman…

Azalia także zakończyła swój sen:

A to sławetne drzewo, o którym pisałem już wcześniej i zamieszczałem jego zdjęcia (można sobie porównać)? Zupełnie inne od wszystkich drzew w okolicy. Jego zagadka nie stanowi już dla mnie tajemnicy. Poszperałem w internecie i znalazłem odpowiedź :). Drzewo to rośnie na łące, w sąsiedztwie starego parku dworskiego. Właśnie zaczyna kwitnąć. Po pewnym czasie całe będzie porośnięte białymi kwiatami, liście mienią się w słońcu srebrzystą barwą. Cudo… jesienią czeka je gruntowna odnowa. Musimy usunąć zbędne gałęzie, doprowadzić wszystko do porządku. Teraz jest za późno, nadmierna ingerencja w okresie kwitnięcia może zniszczyć ten okaz. Na terenie starego parku znalazłem dwa młodziutkie szczepy tego drzewa. Samosiejki? Możliwe… są bardzo młode, a parkiem tym od wielu lat nikt się nie zajmuje. Jest to odmiana jaśminowca. Bardzo ładnie wygląda kiedy jest zadbany. Poczekajcie tylko aż w pełni zakwitnie!

Dla Sylwika.

Najpiękniejszy? Zdecydowanie!

Województwo opolskie, wieś Kopice, równe 100km od Gutynia. Dawna siedziba rodu Schaffgotschów. Zbudowali oni tutaj jeden z najpiękniejszych pałaców w tej części Europy. Pisząc swoją pracę licencjacką nie mogłem nie uwzględnić w niej tej budowli.

Historia właścicieli posiadłości przypomina bajkę o Kopciuszku. Hrabia Hans Ulrich von Schaffgotsch kupił dobra w Kopicach specjalnie dla swojej młodziutkiej żony. Joanna Grycik von Schomberg-Godula była młodą, 17-letnią damą. Jednak nie zawsze miała hrabiowski tytuł. Jej ojciec pracował u jednego z najbogatszych ludzi tamtych czasów. Przedsiębiorca Karol Godula miał niewyobrażalnie wielki majątek. Był najbogatszym człowiekiem na Śląsku. Posiadał liczne kopalnie węgla i galmanu… Kiedy ojciec Joanny umiera, a jej matka porzuca dziewczynkę, decyzją sądu prawną opiekunką dziecka zostaje jedna ze służących starego Goduli. Możny pan, otoczony przepychem i olbrzymią fortuną nie miał jednak potomków. Nic dziwnego zatem, że martwił się o losy swojego majątku. Czyżby po jego śmierci wszystko miało zostać stracone? I tak pewnego dnia natknął się na malutką Joannę bawiącą się w jego ogrodzie. Dziewczynka zauroczyła starszego pana. Nie bała się możnego, srogiego pana (podobno takie sprawiał wrażenie), traktowała go jak swojego dziadka. Była otwarta i bezpośrednia. Karol pokochał małą Joannę i ogłosił ją swoją córką, dziedziczką nazwiska i majątku. Wyłożył pieniądze na jej edukację. To się nazywa szczęście. To tak, jakby Bill Gates zapisał Ci cały swój dorobek i firmę :)

Niebawem Joanna otrzymała od króla Prus, Fryderyka Wilhelma IV Hohenzollern’a, tytuł szlachecki. Przyszedł także czas na miłość i niecodzienny mezalians. Hans Ulrich pochodził z bardzo wpływowego rodu, jednak nie miał wielkiego majątku (fortunę jego rodziny odziedziczył stryj Hansa). Joanna natomiast była szalenie bogata, jednak była tylko córką służącej ze świeżo nadanym szlachectwem. Typowa “nowobogacka” :). To jednak nie stanowiło żadnej przeszkody. Ślubnym podarkiem dla ukochanej miała być bajkowa rezydencja. Godna prawdziwej księżniczki, coś niespotykanego nigdzie indziej. Zatrudnieni zostali najwięksi architekci tamtych czasów, a wszystkim kierował ówczesny bóg architektury zamkowej, miejskiej i renowacji zabytków - Karl Lüdecke. Do Kopic, gdzie powstawał pałac, zaczęły napływać dobra zamawiane u najwspanialszych rzemieślników świata. Od Włoch, po Indie. Nie muszę chyba mówić, że Hans całkowicie się “spłukał”? Całość kosztowała krocie. Ale zakochani mogli spokojnie żyć za pieniądze Joanny do końca swych dni. Starczyło jeszcze dla pięcioro dzieci i wnuków młodej hrabianki…

Trzeba przyznać, że Lüdecke przeszedł samego siebie.

Rezydencja otoczona była z trzech stron rozległymi stawami. W pobliżu założono hektary ogrodów kwiatowych i warzywnych, sad, oranżerię, ogród zimowy. Drzewa tropikalne w palmiarni dochodziły do 17 metrów wysokości. Przed “pałacem na wodzie” rozpościerały się kwiatowe dywany o przeróżnych wzorach i barwach. Obok pałacu, na powierzchni 100 hektarów, rozciągał się słynny park krajobrazowy, a dbał o niego sam królewski dyrektor ogrodów Wilhelm Hempel. Ozdobą parku były m.in. stuletnie dęby, sztuczne ruiny “średniowiecznego” zamku, “mysia wieża”, kaplica grobowa rodziny Schaffgotschów, niewielka świątynia dumania Diany, pawilon chiński. Park zdobiły 1342 rzeźby postaci oraz zwierząt w naturalnych rozmiarach, dłuta wrocławskiego mistrza Carla Kerna.
Atmosfery przepychu i piękna dopełniały przemyślnie wkomponowane fontanny. Na jednej ze sztucznych wysp wzniesiono altanę, obok której stanęła wysoka kolumna zwieńczona figurą anioła. W parku hrabia hodował daniele. Jego syn planował budowę pól golfowych, a nawet małego lotniska dla samolotów, które sporadycznie lądowały w Kopicach już w latach trzydziestych.

Wszystko pięknie i ładnie. Ale jak tylko Kopice przestały być własnością Schaffgotschów (rok 1945), zaczęły się dziać niewyobrażalne rzeczy. Na samą myśl o nich człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni!

Pałac przetrwał wojnę w stanie nienaruszonym, jeszcze mój ojciec pamięta w miarę dobry stan budowli (okolice 1967). Jednak od połowy lat 50-tych zaczyna się okres tzw. grabieży majątku Schaffgotschów. Powoli znikało wszystko, od posągów po wyposażenie zamczyska. Podłogi i drewniane zdobienia służyły okolicznym mieszkańcom jako opał na zimę. Cegła zamkowa wykorzystywana była do budowy obór i chlewów. Jadąc przez wieś można nawet zobaczyć które domy i budynki gospodarcze zostały wybudowane ze szczątków “pałacu na wodzie”. Pomyślcie sobie, tak majestatyczna budowla trafia w łapska oszalałego motłochu, który rujnuje i wywozi wszystko, następnie spuszcza wodę ze stawów i podpala budynek aby zatrzeć wszelkie ślady. Wody brak, po chwili nie ma już czym gasić olbrzymiego kompleksu. Horror! Rozpacz! Nie rozumiem jak można było dopuścić do takich czynów. Ale to jeszcze nie koniec męczarni tego pięknego obiektu.

Szaleńcza dewastacja trwała nadal. Niebawem pojawili się w Kopicach handlarze dziełami sztuki, najemnicy i inni ‘tomb raiderzy’, którzy zaczęli wywozić ocalałe po pożarach, cenne rzeźby i inne artefakty. Swój udział w zniszczeniach ma także okoliczna młodzież, która zabawiała się wieczorami paćkając mury farbą, niszcząc sztukaterię, która ledwo już trzymała się ścian. Oczami wyobraźni widzę to jako jedną wielką Sodomę i Gomorę. A najlepsze jest to, że nikt nie robił zupełnie niczego, aby uratować pałac. Władze gminne przestały interesować się posiadłością po jej drugim pożarze.

I wtedy właśnie pojawiła się nadzieja. Oto nadszedł człowiek, który oświadczył wszem i wobec, że kupi pałac i doprowadzi go do dawnej świetności w przeciągu kilkunastu miesięcy. W 1990 roku władze sprzedały ruinę pewnemu biznesmanowi. Za ile? Równowartość dzisiejszych 5k zł. I to rozłożonych na wieloletnie raty. Tak więc śmieszna sumka byłą jedynie kwotą symboliczną, która nie miała obciążać finansowo człowieka, który już niebawem miał zamienić Kopice w wielki plac budowy. Miał… ale do dziś tego nie zrobił. Co gorsza… człowiek ten okazał się być ‘gwoździem do trumny’ tego wspaniałego pałacu. Zniknęły bezcenne rzeźby, ornamenty, a nawet rzygacze odprowadzające wodę z dachów. Zupełnie legalnie pan K. zamienił “pałac na wodzie” w przerażającą ruinę. Ostały się jedynie ściany i kupa gruzu wewnątrz nich.

Pytam zatem DLACZEGO?! Jak to jest możliwe? Dlaczego władze olały ten piękny pałac? Dlaczego mieszkańcy Kopic, którzy zawdzięczali Joannie tak wiele, postanowili zniszczyć jej ukochany azyl? Dlaczego do tej pory państwo nie robi nic w kierunku odzyskania majątku Schaffgotschów? Zupełnie tego nie pojmuję.

Ostatnio przeczytałem w internecie ogłoszenie, w którym pan K. proponuje odsprzedać zamek za ponad 1 milion euro. Skandal! No ale cóż, teraz już za późno, wszystko jest przeprowadzone zgodnie z prawem. Pozostaje jedynie zastanowić się nad faktem, czy obecny właściciel posiada sumienie… wydaje się, że to zwyczajny cwaniak, który wyczuł sporą kasiorę i skorzystał z sytuacji robiąc z władz gminy całkowitych tumanów. No cóż, to nie pierwszy i nie ostatni taki osobnik.

Co ciekawe, na ogłoszenie odpowiedziała pewna amerykańska firma. Bardzo majętna. Wynajęła prawników, którzy mają zająć się tą sprawą i doprowadzić do ugody. Planują całkowitą odbudowę i otwarcie jakiegoś uzdrowiska w Kopicach. Może zatem po prawie 60 latach pałac znów zabłyśnie pełną krasą? Skorzystają na nim jednak nie nasi “mądrzy” rodacy (uważam, że mieszkańcy Kopic sami zabili swoją kurę, która mogła znosić dla nich złote jajka), ale jak zwykle obcokrajowcy. To takie… POLSKIE!

Z niecierpliwością czekam na zakończenie tej sprawy i odbudowę tego pięknego miejsca. Dla mnie jest to najwspanialszy pałac w naszym kraju. Nawet jego ruiny robią ogromne wrażenie kiedy widzi się je na żywo, z bliska…

Mały update - kolejne fotki przedstawiające obecną sytuację pałacu. A także porównanie z czasami świetności.